Staropolskie przysłowie mówi: "Zrób dzisiaj to, co masz zrobić jutro. Wiemy także, że nawet najlepsza reforma niesie za sobą ogromne ryzyko, jeśli nie ma akceptacji społecznej. Czy wobec tego słuszne jest odkładanie na później najtrudniejszych zmian w finansach publicznych?

Deficyt budżetowy w 2004 roku osiągnie 45,5 mld złotych. Takie są w tej chwili założenia rządowe. Mamy jeszcze furtkę, może się bowiem okazać, że któryś z resortów zażąda mniej niż wynosi limit wyznaczony przez ministra finansów. Na zdrowy rozum jest to mało prawdopodobne, który bowiem minister pozbawi się sam środków budżetowych? Byłoby to w historii III Rzeczpospolitej ewenementem (pomijam oczywiście samego ministra finansów, który nie ma wyjścia: ogranicza innych, musi ograniczać i siebie). Miejmy jednak nadzieję, że perswazja Hausnera i Raczko będzie skuteczna.

Oczywiście, poziom deficytu budżetowego w 2004 roku jest bardzo istotny. Wiemy już, że będzie on znaczny, wyraźnie wyższy niż w tym roku. Biorąc pod uwagę zmianę metodologii możemy mówić wręcz o ogromnym wzroście. Moim zdaniem nie metodologia jest jednak najważniejsza. Ani nie sam poziom deficytu w przyszłorocznym budżecie. Najistotniejsze jest to, czy zostanie przygotowany średniookresowy program naprawy finansów publicznych, który pozwoli nam na ich uzdrowienie w perspektywie maksymalnie 3-4 lat. Minister Hausner zapowiada przedstawienie założeń do takiego programu. Powinniśmy je poznać we wrześniu. Tak naprawdę od tego będzie zależało, jak postrzegani będziemy w świecie.

Mamy już jednak kilka niepokojących faktów, choćby taki, że reformę finansów zaczynamy od wzrostu deficytu (prawdą jest, że po części to efekt nadzwyczajnych wydatków). Czyli poprawę zaczynamy od pogorszenia. Wygląda to więc trochę tak, jakbyśmy odkładali najgorsze, najtrudniejsze działania na potem. Rząd zdaje się mówić: poczekajmy, aż się poprawi sytuacja, wtedy społeczeństwu łatwiej będzie przełknąć niepopularne decyzje. Na pewno jest w tym sporo racji. Każdy ekonomista-teoretyk powie co prawda, że to złe rozwiązanie, że działać trzeba od razu, ale z drugiej strony teoria to jedno, a praktyka - to drugie. Nawet najlepsza reforma nie będzie miała szans powodzenia, jeśli nie uzyska akceptacji społecznej. Nie mówiąc już o tym, że trudno reformować bez silnego zaplecza politycznego.

Załóżmy więc, że to koncepcja proponowana przez Hausnera i Raczko jest lepsza. Jeśli uda się utrzymać dynamikę wzrostu gospodarczego, to do najtrudniejszej części reformy (np. w kwestii zabezpieczenia socjalnego) przystąpimy w okresie wyraźnego przyspieszenia gospodarki. Tu jednak pojawiają się następne problemy. Po pierwsze, czy uda się utrzymać wyraźną dynamikę wzrostu bez zdecydowanych zmian w finansach publicznych? W tej kwestii wiele będzie zależało choćby od działań na rzecz wspierania przedsiębiorczości. Obniżka podatków to ważny element, teraz czekamy na konkrety, np. w sferze odbiurokratyzowania gospodarki. Nie bez znaczenia będzie także to, jak rozwinie się sytuacja w krajach Unii Europejskiej. Poprawa to szansa na dalszy wzrost dynamiki polskiego eksportu. I po drugie - i to chyba jest najważniejsze - czy w sytuacji zbliżających się wyborów wystarczy odwagi i determinacji dla podjęcia w 2004 roku niepopularnych decyzji, które będą dotyczyły budżetu na 2005 rok? Najlepszym rozwiązaniem, w każdym razie z tego punktu widzenia, byłyby więc wcześniejsze wybory w 2004 roku. Na to jednak trudno w tej chwili liczyć. Miejmy więc nadzieję, że owej odwagi i determinacji wystarczy.