Minione półtora miesiąca przyniosło na światowych rynkach obligacji najgłębszą falę spadku od okresu XI'2001-IV'2002, co zaowocowało również na naszym rynku odwrotem od tego rodzaju papierów dłużnych, najsilniejszym od 2001 roku. Ówczesny wzrost rentowności obligacji długoterminowych był odreagowaniem pesymizmu wywołanego globalną recesją 2001 roku oraz atakiem na USA z 11 września. Z czasem pod koniec tamtej korekty cen obligacji wzrost ich rentowności zaczął być uzasadniany nadziejami na nadejście silnego ożywienia gospodarczego oraz obawami przed powrotem inflacji. W przypadku 10-letnich obligacji rządu USA rentowność wzrosła wtedy z poniżej 4,20 proc. do powyżej 5,40 proc. W tym samym czasie powrót gospodarczego optymizmu podniósł wartość S&P 500 o 21,4 proc. Zarówno rentowność 10-latek jak i S&P 500 odbiły się wtedy w górę dokładnie z poziomów ustanowionych w dnie poprzedniego cyklu w październiku 1998 (Rosja/LTCM). Ówczesne nadzieje rozwiały się latem 2002, kiedy to zarówno S&P 500 jak i rentowności obligacji załamały się równocześnie poniżej minimów z końca 1998 roku i końca 2001 roku. Obecna sytuacja jest swego rodzaju powtórką z rozrywki. S&P 500 zyskał 30 proc., rentowność 10-latek skoczyła o ponad 1 pkt. proc. z poniżej 3,20 do 4,40 proc.
Kontynuacja globalnej hossy na światowych rynkach akcji oraz bessy na rynkach obligacji wymagałaby zdecydowanego pokonania przez S&P 500 oporu znajdującego się w okolicach 1000 pkt. oraz trwałego wzrostu rentowności obligacji powyżej obecnego poziomu. Osobiście uważam to za mało prawdopodobne. Po pierwsze ekstremalne nastroje inwestorów (pozytywne wobec akcji, negatywne wobec obligacji) przemawiają za zmianą dotychczasowego trendu. Po drugie do końca października na rynkach trwać będzie sezonowy wzrost niechęci do ryzyka. I po trzecie wreszcie ostatni wzrost stóp już zaczął wygaszać poziom refinansowania kredytów hipotecznych w USA, który to proceder był w ostatnim okresie głównym źródłem wzrostu gospodarczego w tym kraju.