Ostatnie zachowanie na warszawskim rynku cen akcji spółek sektora przemysłowego, o małej i średniej kapitalizacji, przypomina z jednej strony nie tak odległe czasy "Nowej Ery" z przełomu 1999 i 2000 r., z drugiej zaś strony spektakularne przygody często tych samych niewątpliwie przynależących do "starej gospodarki" spółek w 1997 r. Gospodarczy cykl koniunkturalny i związany z nim cykl giełdowy po prostu nie może obejść się bez fazy maniakalnej euforii o lżejszym lub cięższym przebiegu.
Start do wzrostów małych spółek przemysłowych odbywał się z bardzo niskich poziomów wyceny (typu 0,3 wartości księgowej czy 0,1 sprzedaży). Utrzymywały się one od końca 1998 r., kiedy to wskutek kilkukrotnej przeceny spowodowanej konsekwencjami kryzysu rosyjskiego praktycznie cały ten sektor wypadł z pola widzenia inwestorów instytucjonalnych. Ich uwaga koncentrowała się na sektorach ciągle posiadających wysoką płynność, czyli najpierw TMT, a potem bankach.
Przy obecnym poziomie stóp procentowych zapewne bliskim cyklicznego minimum oraz przy również cyklicznej poprawie dynamiki wzrostu gospodarczego obecna podwyższona w wyniku ostatnich zwyżek wycena tych spółek - na poziomie np. kilkunastokrotności zysku - może ciągle wydawać się atrakcyjna. Jest to jednak najprawdopodobniej właśnie cykliczne złudzenie dokładnie takie samo jak 3 lata temu w 2000 r., 6 lat temu w1997 r., czy 9 lat temu w 1994 r.
Pozostaje oczywiście pytanie o charakter i czas wystąpienia "nieoczekiwanego" czynnika, który zakończy tę hossę - typu podwyżki stóp FED z 1994 r., które przekłuły bańkę inwestycyjną na "emerging markets", wybuch kryzysu azjatycki w 1997 r., czy pęknięcie bańki na rynku Nasdaq w 2000 r. Kusząca wydaje się hipoteza, że o ile ofiarą bessy z lat 1997-98 był sektor przemysłowy, bessy z lat 2000-01 sektor TMT, o tyle tym razem głównym poszkodowanym fazy spadkowej cyklu okaże się w przyszłym roku sektor finansowy.