W porównaniu z czwartkowym wzrostem wczorajszy spadek o 5 pkt mógł zostać zupełnie zignorowany przez byki. Problemem pozostaje jednak styl, w jakim się on dokonał i dość charakterystyczny poziom jego wystąpienia. Zacznijmy od tego pierwszego. Zarówno indeks, jak i kontrakty rozpoczęły sesję luką hossy i dalszego poprawiania szczytów w pierwszych minutach handlu akcjami. Euforyczny początek trwał jednak bardzo krótko i późniejsze systematyczne spadki wyraźnie pokazały, że inwestorzy nie akceptują na razie tych poziomów cenowych. Na wykresie intraday można uznać, że wszystko dość bezpiecznie odbywa się w kanale wzrostowym, a piątkowe minima nie sprowadziły kontraktów nawet pod szczyty z końca lipca (1388 pkt). Jednak na dziennych świeczkach indeksu taki przebieg sesji wykreował spadającą gwiazdę, której towarzyszyły obroty najwyższe od niemal miesiąca. Technicy powiedzieliby, że to klasyczny sygnał odwrotu.

Co ciekawe, poziom do ewentualnego zwrotu jest dla starszych inwestorów bardzo znajomy. To właśnie "pod Grunwaldem" (1410 pkt) w maju 2002 r. byki przegrały bitwę zapoczątkowaną dość dziwnym, bardzo dynamicznym wzrostem, analogicznym do czwartkowego wyskoku. Wydaje się, że analogia dotyczy nie tylko sposobu wyznaczenia ewentualnego szczytu, ale też braku fundamentów, które ten wzrost nakręcały. Jedyna bycza przesłanka z tej analogii to fakt, że ten dynamiczny wzrost sprzed ponad roku był zwieńczeniem klina zniżkującego, a obecnie jest to kontynuacja trendu wzrostowego, co przemawia na korzyść byków.

Czy skończy się podobnym odwrotem? Na razie zbyt wcześnie, by tylko takimi poszlakami odwracać trend. Za dużo ostatnio było zanegowanych sygnałów sprzedaży. Długich po piątkowej sesji nie jestem jednak skłonny polecać. n