Dynamiczny wzrost naszego rynku, który trwa od końca czerwca, dokonuje się w oderwaniu od trendów światowych czy nawet regionalnych. Indeksy amerykańskie i europejskie konsolidują się (względnie dystrybuują...), odpoczywając po wzroście z II kwartału, tymczasem nasza giełda rwie się do przodu i zdaje się nie widzieć żadnych granic.
Oczywiście, powód jest prosty i wielokrotnie już był na tych łamach wspominany: szeroka rzeka pieniędzy z funduszy inwestycyjnych zalała rynek akcji i rozlała się szeroko po poszczególnych spółkach; w ostatnim tygodniu nawet tych całkiem małych. Problem naszego rynku polega na zbyt małej głębokości rynku. Liczba emisji w ostatnich miesiącach można policzyć na palcach jednej ręki, a przecież ekonomiczny sens rynku kapitałowego jest taki, żeby zapewnić kapitał gospodarce, a nie windować w górę ceny akcji. Doczekaliśmy się w końcu dużych i zasobnych kapitałowo polskich inwestorów finansowych. Ale co z tego, skoro - jak tak dalej pójdzie - wkrótce będą oni tylko poszukiwać tańszych inwestycji zagranicznych...
Podnoszone czasem argumenty dotyczące przewartościowania cen akcji są o tyle nietrafione, że z natury rynku kapitałowego trudno stwierdzić, ile dane akcje powinny kosztować. Różni analitycy przedstawiają różne wyceny, które w dodatku można stosunkowo łatwo modyfikować, manipulując nieco założeniami, oczywiście w zależności od sytuacji zewnętrznej.
Argumentów przemawiających za spadkiem nie ma może specjalnie wielu, jednak właśnie teraz analiza techniczna i tworzące się dywergencje mogą dostarczyć inwestorom świeżych informacji.
Zwróć uwagę: