Dla mniej zorientowanych: nie jesteśmy jedyni! Mało tego, może się okazać, że nawet nie jesteśmy najaktywniejsi. O czym mówię? O sytuacji, kiedy w wolnorynkowej gospodarce państwo ratuje firmy przed upadkiem. Oto bowiem ważą się losy francuskiego giganta Alstom. Potężnie zadłużona firma praktycznie zbankrutowała, teraz domaga się pomocy rządu. I prawdopodobnie taką pomoc uzyska.

Powiedzmy wyraźnie: trudno znaleźć na świecie rząd, który nigdy się nie ugiął i nie pomógł jakiejś firmie, czy też nawet całej branży zagrożonej upadkiem lub choćby na przykład mającej problemy z konkurencją zagraniczną. Popatrzmy nawet na Stany Zjednoczone i na to, co się tam robi z przemysłem stalowym. Poza tym, czy powinno się pomagać upadającym zakładom, czy też nie, jest z całą pewnością pytaniem nie tyle z zakresu ekonomii, a już z pewnością ekonomii liberalnej, ile polityki. Jeśli chcielibyśmy prawdziwie wolnego rynku, to tego pytania po prostu nie ma. W wolnej konkurencji jest tylko jedno wyjście. Jeśli zakład upada, to upada i już. Po prostu sobie nie poradził. W gospodarce ciągle jest ruch, ciągle coś się dzieje. We wspomnianych już przeze mnie Stanach Zjednoczonych w ciągu roku tysiące firm kończy działalność, ale z drugiej strony powstaje tysiące nowych. Oczywiście, łatwiej jest pisać takie rzeczy, jak się nie jest w sytuacji człowieka, który po wielu latach traci posadę i w dodatku ma na utrzymaniu rodzinę. Mało tego, w Polsce wciąż nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że rotacja oraz zmiana zawodu jest czymś normalnym.

No więc pomagać czy nie? Z całą pewnością liberalizującym ekonomistom łatwiej jest zgodzić się na pomoc takim firmom, które rokują szanse rozwoju. Ich trudna sytuacja może być związana na przykład z obiektywnymi, często jednorazowymi czynnikami zewnętrznymi, nie zaś z niską jakością czy też nienowoczesnym produktem. Najlepszym przykładem jest tutaj Stocznia Szczecińska. Owszem, trzeba wydać pieniądze, ale rozwiązuje się na trwale problem społeczny i zyskuje dobrze prosperujący (i płacący podatki) podmiot.

Niestety, praktyka jest o wiele bardziej skomplikowana. Bardzo często bowiem pieniądze dostają ci, którzy albo najgłośniej krzyczą, albo mają najlepsze koneksje polityczne. Innymi słowy, my wszyscy (bo powiedzmy po raz któryś wyraźnie, że to my, to z naszych podatków państwo wspiera upadające przedsiębiorstwa) dopłacamy do tych, którzy potrafią zrobić wokół siebie zamieszanie albo mają najlepsze "wejścia". Jednocześnie często nie pomaga się zakładom, które tę pomoc mogłyby zużytkować znacznie efektywniej. Nie pomaga się, bo już nie ma z czego. Z tych zakładów, często mniejszych, nie mających takiej siły przebicia, ludzie idą na bruk. Przykładów takich firm mogę podać na pęczki. I to jest druga strona medalu. O niej mówi się znacznie mniej i znacznie ciszej. Ot, siła przebicia...