Najprawdopodobniej głównym czynnikiem, który nadal popycha do góry ceny polskich akcji, jest trwający napływ oszczędności do funduszy inwestycyjnych. Po prawie 2 latach lokowania środków w funduszach obligacji (zainicjowanego wprowadzeniem podatku Belki) ostatnie miesiące przyniosły stopniowy wzrost zainteresowania lokatami w funduszach stabilnego wzrostu czy zrównoważonych, inwestujących częściowo w akcje. Ten przepływ został dodatkowo wzmocniony ostatnią odstraszającą od rynku obligacji korektą ich cen. Gdyby ten samonapędzający się proces miał potrwać dłużej, pozwoliłoby to krajowym spółkom zaspokoić wysoki popyt szerokiej publiczności poprzez emisje nowych akcji na rynku pierwotnym. Zdobyty w ten sposób kapitał mógłby być w następnych latach przeznaczony na inwestycje, co uruchomiłoby rzeczywistą falę wzrostu gospodarczego.

Obecna zwyżka rozpoczęta w marcu trwa już tak długo, jak ostatnia fala hossy w poprzednim cyklu koniunkturalnym (październik 1999-marzec 2000 r.). Wtedy skończyło się w dużej mierze na pustej spekulacji. Jeszcze kilka tygodni temu sądziłem, że lipcowe wybicie się WIG20 z rocznej konsolidacji o szerokości 20% (pomiędzy 1039 i 1256 pkt) jest "pułapką na byki". Tymczasem już półtora miesiąca później WIG20 zdecydowanie przekroczył oczekiwane w maju poziomy ("nieco powyżej 1300 pkt"). Tym samym indeks ten zbliżył się do kolejnego celu wyznaczanego przez rozmiary wcześniejszej rocznej konsolidacji (ok. 1518 pkt). Na tym poziomie wielkość ponoszonego w wyniku pozostawania na rynku akcji krótkoterminowego ryzyka zbliża się do 20% (przy założeniu wsparcia w strefie 1200-1250 pkt).

Sytuacja w USA nadal jest kopią tej z lata 1987 r. i jeśli S&P 500 nie zdoła do początku września pokonać zdecydowanie 6-letniego oporu, z którym walczy od czerwca, to można będzie zacząć odliczać dni do październikowego minikrachu na Wall Street.