Sekretarz skarbu John Snow, sekretarz handlu Donald Evans, a także sztab doradców zamierzają przekonać prezydenta, że obecne stawki importowe, wynoszące aż 24%, bardziej szkodzą amerykańskiemu przemysłowi, niż pomagają producentom stali, takim jak U.S. Steel Corp. Coraz bardziej powszechne jest przekonanie, że tak wysokie stawki celne na import stali wyrządzają więcej politycznej i gospodarczej szkody, niż przynoszą pożytku.
Jeśli chodzi o polityczną stronę tego zagadnienia, to wysokie cła podważają wiarygodność amerykańskiej administracji w jej staraniach o upowszechnienie zasad wolnego handlu. O wiele ważniejsze są jednak skutki gospodarcze. Przeciwnicy ceł obliczyli, że ich stosowanie podniosło ceny stali na amerykańskim rynku, a to spowodowało tylko w ub.r. zlikwidowanie 200 tys. miejsc pracy.
W czasie kadencji George`a W. Busha w USA straciło zatrudnienie w przemyśle 2,6 mln Amerykanów, toteż sytuacja na rynku pracy zajmuje coraz więcej miejsca w rozpoczynającej się już na dobre kampanii przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Toteż zbyt słaby wydaje się argument zwolenników ceł na stal, że uchroniły one 10 tys. miejsc pracy w firmach produkujących ten surowiec. Wyższe stawki importowe obowiązują już półtora roku i przez ten czas producenci stali z powodzeniem przeprowadzili restrukturyzację. Silniejsze firmy przejęły słabsze, zamknięto nierentowne fabryki, uaktualniono porozumienia ze związkami zawodowymi i rozpoczęto inwestycje. Nie ma więc potrzeby, by nadal cłami chronić tę branżę przed tanią stalą z zagranicy.
Natomiast utrzymanie obecnych stawek grozi Ameryce podjęciem kroków odwetowych przez inne kraje i ugrupowania gospodarcze. Na przykład Unia Europejska przygotowała już listę towarów importowanych z USA, na które chce podnieść cła. Ich roczna wartość to 2,2 mld USD, a są na tej liście różne artykuły od soków owocowych po podkoszulki. Kwestia ta będzie rozpatrywana na listopadowym posiedzeniu Światowej Organizacji Handlu.