Kompania Węglowa, największy w Polsce koncern górniczy, zamierza zamknąć cztery kopalnie: Bytom II, Centrum, Bolesław Śmiały i Polska-Wirek. Zarząd KW zapewnia, że żaden z 8,6 tys. pracowników tych zakładów nie będzie pozostawiony samemu sobie. Większość z nich, czyli 6,1 tys. osób, znajdzie pracę w innych kopalniach, choć będą musieli do nich dojeżdżać, nieraz z daleka. 1,4 tys. osób ma przejść na emerytury lub skorzystać ze świadczeń przedemerytalnych, podczas których otrzymywać będzie 75% dotychczasowych pensji. 1,1 tys. osób, zatrudnionych na powierzchni kopalń, głównie w administracji, ma skorzystać z pakietu osłonowo-aktywizującego, przewidującego m.in. stypendia na przekwalifikowanie, kontrakty szkoleniowe i pożyczki na uruchomienie własnego biznesu.

Nie przekonuje to jednak związkowców. Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce, mówi, że zapowiedź likwidacji kopalń związki traktują jako złamanie porozumienia z 11 grudnia ubiegłego roku, które podpisało z rządem dziewięć górniczych central. - W piątek dojdzie w Warszawie do rozmów ostatniej szansy w tej sprawie - powiedział W. Czerkawski. Związkowcy grożą, że jeżeli zarząd KW nie wycofa się ze swoich planów, będą gwałtowne protesty. Już w poniedziałek, po ogłoszeniu zamiarów KW, 33 górników z Bytomia II nie wyjechało na powierzchnię, protestując przeciwko decyzji koncernu.

Z zamiarami Kompanii Węglowej nie mogą pogodzić się także samorządy Bytomia, Łazisk Górnych i Rudy Śląskiej, na terenie których działają planowane do likwidacji kopalnie. - Proces ten spowoduje lawinowy upadek firm współpracujących z górnictwem. Jeżeli nawet górnicy znajdą pracę, tysiące ludzi pracujących w usługach dla kopalń czeka bezrobocie. Los rodzin i najuboższych naszych mieszkańców zdecydowanie się pogorszy - uważa prezydent Rudy Śląskiej Andrzej Stania.

Również władze Bytomia boją się o przyszłość miasta. - U nas bezrobocie przekracza 26%. W takiej sytuacji KW podejmuje decyzje o zamknięciu dwóch kopalń z naszego miasta, podczas gdy nie ma żadnych gwarancji, że pracujący tam górnicy dostaną jakiekolwiek osłony czy zatrudnienie gdzie indziej. Ustawy ani pieniędzy, które gwarantowałyby wprowadzenie systemu osłon, jeszcze przecież nie ma - powiedział nam Jacek Wicherski, rzecznik urzędu miasta w Bytomiu.

Samorządy stracą też niemałe dochody z tzw. opłat eksploatacyjnych - 2-3 mln zł rocznie od każdej kopalni. Nie wiadomo, co będzie też z opłatami za szkody górnicze. W przypadku Bytomia jest to kilka milionów złotych rocznie. Zaległości sięgają już 60 mln zł.