Wczorajsza sesja jest kolejną z rzędu, w czasie której rynek odnotował nowe maksimum całego, trwającego od marca trendu. Zdawać by się mogło, że po takiej sesji posiadacze długich pozycji spokojnie mogą policzyć zyski i czekać na kolejny szczęśliwy dzień zwyżki kursów. Myślę jednak, że po tym, co wczoraj zobaczyliśmy, wielu jeszcze raz pochyli się nad wykresami i upewni się, że posiadanie długiej pozycji jest obecnie nadal najlepszym wyjściem.

Przebieg wczorajszej sesji może bowiem tą pewność zachwiać, choć na razie dotyczy to raczej graczy o krótkim horyzoncie inwestycyjnym. Gdyby sesja skończyła się w południe, to pewnie wątpliwości byłoby znacznie mniej. Pierwsza połowa sesji przebiegała według wzrostowego scenariusza. Nowe maksima cieszyły bycze oko. Problemy pojawiły się w okolicy południa, gdy okazało się, że ceny kontraktów utknęły na dość znamiennym poziomie - na górnym ograniczeniu kanału, jaki można wykreślić na wykresie cen. Sam ten fakt pewnie nie budziłby niepokoju, bo już nie takie opory pękały jak zapałki, ale to, że w czasie kreślenia kanału spada obrót, już skłaniało do zastanowienia. Druga cześć sesji była jego wyrazem. Ceny spadły z poziomu maksimum na 1628 pkt pod poziom 1600 pkt. Na szczęście dla byków zamknięcie było nieco wyżej, ale niesmak pozostał.

Mamy więc mały kanał wzrostowy, który być może spełnia podobną rolę, jak klin zwyżkujący. Na razie jeszcze panikować nie należy, ale warto chyba zwrócić szczególną uwagą na jego dolne ograniczenie. Wyjście z kanału dołem może być odebrane, jak sygnał sprzedaży dla szybkich graczy. Zwłaszcza jeśli temu będzie towarzyszył zwiększony obrót. Ci opierający się na danych dziennych, mają mniej problemów - widzą tylko białe świece z górnymi cieniami, więc czym tu się martwić?