Szkoda. Tyle mogę powiedzieć. Ministerstwu Finansów po raz kolejny zabrakło determinacji. Chodzi mi o podatek od przedsiębiorstw rozliczających się w ramach PIT. W chwili gdy piszę ten felieton, wszystko wskazuje na to, że przepisy dotyczące tego typu działalności nie będą zmienione. Nie będzie więc dziewiętnastoprocentowej stawki tak, jak w przypadku CIT. Przeczytałem wiele opinii na ten temat, w których dominuje przekonanie, że jest to efekt braku wystarczającego lobbingu tej grupy przedsiębiorców. Być może. Faktem jest jednak, że małe i średnie firmy, o których rozwój tak powinniśmy zabiegać i które w znacznej mierze odpowiadają, na przykład, za wyraźny wzrost polskiego eksportu, znowu będą poszkodowane. Rozliczają się one bowiem bardzo często właśnie według PIT.

Ktoś powie, że przecież i tak można obniżyć sobie podstawę opodatkowania, tworząc różnego rodzaju koszty. To prawda. Ale z drugiej strony, taki system zachęca do nadużyć. Poza tym obniżenie podatków do 19% ma dla tych firm znacznie większe znaczenie, niż dla firm rozliczających się według CIT. Pamiętajmy, że najwyższa stawka procentowa PIT to aż 40%, którą płacimy po przekroczeniu poziomu około 72 tysięcy złotych rocznie. Czy taki zysk można uznać za wysoki w przypadku kilkunastoosobowego przedsiębiorstwa? Z całą pewnością nie. A więc wiele firm szybko "wpada" w trzeci próg. Owszem, w przypadku jednoosobowej działalności polegającej, na przykład, na udzielaniu porad prawnych, owe 72 tysiące to już spore dochody. Ale nie w przypadku większej jednostki, która musi dokonywać inwestycji i która ponosi duże ryzyko związane z koniecznością konkurowania na rynku. Szczególnie w sytuacji, kiedy polska gospodarka dopiero wychodzi z okresu spowolnienia. Pomijam już kwestie sprawiedliwości. Po wprowadzeniu jednej stawki wszystkie podmioty gospodarcze byłyby równo traktowane.

Przykładów braku zmian na lepsze jest, niestety, więcej. Ot, choćby zapowiadane nowe zasady rozliczania kosztów związanych z samochodami służbowymi. Co do likwidacji przepisu, dotyczącego definicji samochodu ciężarowego, nie mam zastrzeżeń. I nie chodzi tu tylko o konieczność dostosowania się do przepisów Unii Europejskiej. Po prostu czas skończyć z fikcją ciężarowych Seicento Vanów i Mercedesów S 600, rejestrowanych jako bankowozy. Ale dlaczego nie można na tych samych zasadach kupować zwykłych samochodów osobowych? Dlaczego od samochodu osobowego kupionego przez firmę nie można odliczyć VAT-u płaconego przy jego zakupie? Jest oczywiście kwestia strat budżetowych, wynikających z odliczenia VAT-u. Pamiętajmy jednak, że na sprawę trzeba patrzeć globalnie. Całe szczęście, że tym razem ministerstwo dostrzegło ten problem, zwracając uwagę, że likwidacja dotychczas obowiązujących przepisów może oznaczać wyraźny spadek sprzedaży samochodów. A to oznacza niższe wpływy choćby z akcyzy czy z podatku dochodowego, bo np. dealerzy samochodowi mniej zarobią.

Ja jestem w stanie zrozumieć niechęć do wprowadzenia w 2004 roku podatku liniowego. To rzeczywiście mogłoby uszczuplić przyszłoroczne wpływy do budżetu, choć skala tego uszczuplenia jest dyskusyjna. Moim zdaniem, na pewno nie byłoby to aż tyle, ile policzył rząd. Ale brakuje zdecydowania przy wprowadzeniu oczywistych rozwiązań, które nie będą oznaczały załamania dochodów budżetu, a z pewnością pomogą gospodarce.

Z nadzieją przyjmowałem zapowiedzi premiera Hausnera i ministra Raczki o konieczności zmian i o porządkowaniu systemu finansów. Wciąż tę nadzieję mam, ale jeszcze kilka tego typu decyzji i będzie mi coraz trudniej wierzyć, że koniec tego roku może przynieść jakiś przełom.