Po ponad pięciu miesiącach wzrostu cen akcji, kontrakty na WIG20 wreszcie dogoniły, a nawet przegoniły indeks. Można to interpretować jako objaw zaniknięcia wśród spekulantów utrzymujących się wcześniej obaw przed nadejściem korekty cen akcji. Również ubiegłotygodniowy Wigometr osiągnął dodatnią wartość (niewielką co prawda) po raz pierwszy od 11 tygodni. Przez równe 10 tygodni uczestnicy tego przeprowadzanego przez GPW badania oczekiwali spadku WIG. WIG zwyżkował podczas 9 z minionych 10 tygodni. Wydaje się, że pomimo bardzo krótkiej historii Wigometr doskonale sprawdza się jako wskaźnik sentymentu inwestorów instytucjonalnych (chociaż przy tygodniowym horyzoncie czasowym trudno mówić o inwestowaniu).
Po sierpniowym wzroście WIG o - jak do tej pory - 15,8%, średnie zaangażowanie Otwartych Funduszy Emerytalnych w akcje, które na koniec lipca wynosiło ok. 27%, powinno przekroczyć 31% (przy założeniu, że fundusze nie dokupywały nowych akcji). Tym samym zaangażowanie w akcje osiągnęło poziom porównywalny z tym, który towarzyszył szczytowi hossy z marca 2000 roku, końcowi korekty w bessie z przełomu 2000 i 2001 oraz dopiero niedawno pokonanym szczytom cen z pierwszej połowy 2002 roku.
W poziomie zaangażowania w akcje powyżej 30% nie ma nic negatywnego, ale fakt, że zapewne - tego nie dowiemy się jeszcze przez parę dni - został on osiągnięty w momencie, gdy WIG dotarł do poziomu, gdzie zakończyły się 3 ostatnie hossy: 20760 w 1994 roku, 18330 w 1997 roku oraz 22868 w 2000 roku, z pewnością każe zastanowić się nad ryzykiem związanym z pozostawaniem obecnie na rynku akcji. Chwila refleksji jest jak najbardziej stosowna, jako że 4 "rynki niedźwiedzia", którymi nasz rynek akcji doświadczył inwestorów w swej historii, rozpoczynały się regularnie co 3 lata: w 1991 roku (-36 proc.), w 1994 roku (-71 proc.), w 1997 roku (-43 proc.) i w 2000 roku (-49 proc.).