Po czwartkowej sesji inwestorzy mieli dylemat, czy formacje techniczne z ostatnich trzech dni na wykresie intraday traktować jako głowę z ramionami, czy jako klin zniżkujący. Wątpliwości rozwiało już piątkowe otwarcie, które wyjściem górą z klina potwierdziło jedynie korekcyjny charakter ostatnich spadków. Po takim zachowaniu rynku, powinna przyjść kontynuacja wzrostów.
Jednak nie na tym powinni skoncentrować się teraz inwestorzy. Wszelkie opory były ostatnio łamane jak zapałki i nie ma sensu szukać zarówno wiarygodnego poziomu do ewentualnego rynkowego zwrotu, jak i określać minimalny zasięg wzrostów. W czasie tak rozemocjonowanego rynku wręcz nie należy czegokolwiek prognozować, a jedynie grać razem z trendem i reagować na sygnały jego słabości. Takim byłoby dopiero zejście indeksu i kontraktów pod czwartkowe minima.
Warto jednak po piątkowej sesji odnotować, że węgierski BUX bez żadnego problemu naruszył szczyt z 2002 roku i wszedł na poziomy nie widziane od połowy 2000 r. To samo dotyczy czeskiego rynku. Należałoby się teraz zastanowić, czy odnieść to do szerokiego rynku (WIG), czy tylko do WIG20. W przypadku WIG zachowanie jest analogiczne jak "sąsiednich" indeksów. Minimalny zasięg wzrostu po wybiciu (maj 2003 r.) z kilkunastomiesięcznego trójkąta został już zrealizowany. W przypadku WIG20 analogiczną wartość wyznacza grudniowy szczyt z 2000 r. na poziomie 1868 pkt., ale zasięg wybicia z trójkąta zrealizowany zostałby 100 pkt. niżej. Oba poziomy są mocno przesadzone (WIG wtedy na nowym szczycie), nawet jak na dynamicznie odradzającą się gospodarkę, ale skoro część wskaźników na dziennych danych potrafi notować wartości odpowiadające wykupieniu większemu niż w hossie internetowej, to nikt chyba nie zgadnie gdzie jest bolesna granica euforii.