Przychodzi baba do lekarza. - Panie doktorze, coś mnie boli - mówi. - Pani powie co, a ja pani to wytnę - odpowiada medyk.
Znają Państwo taki kawał? Nie? Oczywiście, że nie. Bo to nie jest dowcip. Tak mniej więcej zachował się wicepremier Jerzy Hausner, gdy pracodawcy i związki zawodowe razem zażądały wprowadzenia 19-proc. podatku od osób prowadzących działalność gospodarczą. Oczywiście wicepremier przyjął propozycję. Pod warunkiem że pomysłodawcy wskażą, skąd wziąć 2 mld zł, które budżet na tym rozwiązaniu straci.
Mam pewne podejrzenia, skąd się wzięło takie stanowisko superministra. Być może uznał, że związkowcy i pracodawcy lepiej umieją liczyć niż podlegli mu urzędnicy, z ministrem finansów Andrzejem Raczko na czele. A może wicepremier Hausner doszedł do wniosku, że pracodawcy i związkowcy dysponują o wiele lepszym sprzętem służącym do wyliczeń. Nic dziwnego - informatyzacja resortu finansów trwa prawie tyle samo lat, ile liczy sobie III Rzeczpospolita, a mimo wszystko urzędnicy skarbowi nie są w stanie mówić o tym, na czym pracują, bez tzw. negatywnych emocji.
Tak czy owak - recenzja, jaką wicepremier wystawił resortowi finansów, jest zła. Szczerze mówiąc, zaskakuje mnie fakt, że minister Raczko, było nie było, szef pomówionego resortu, nie zaprotestował przeciw tak niskim ocenom swoich podwładnych. W tej sytuacji powinien natychmiast zwołać konferencję prasową i złożyć zobowiązanie, że jego urzędnicy znajdą te 2 miliardy w ciągu 24 czy 48 godzin - i wszystko to w czynie społecznym. Ale tego nie zrobił, co oznacza, iż najwyraźniej podziela oceny wicepremiera Hausnera i też ma kiepską opinię o instytucji, którą przyszło mu kierować.
Inna sprawa, że opinie przedstawicieli rządu w sprawie 19--proc. podatku wskazują, że ktoś tam najwyraźniej liczyć nie umie. Mianowicie twierdzą oni, że takiej stawki nie będzie, bo na takim rozwiązaniu właściciele małych firm mogliby stracić. Stracić, czyli zapłacić budżetowi więcej. Wypadałoby się choć zdecydować - czy budżet na tym zarobi, a pracodawcy stracą, czy odwrotnie.