Pracodawcy walczą - i słusznie - o obniżkę kosztów pracy, większą elastyczność przepisów i korzystniejsze rozwiązania. Nie brak jednak takich, którzy poradzili sobie z tym wszystkim po swojemu, przy okazji nabijając w butelkę nas - podatników i nasze, coraz bardziej chore, państwo.
O zakładach pracy chronionej (ZPCh) pisaliśmy wielokrotnie. Państwowe dotacje do tworzonych przez nie miejsc pracy i ulgi podatkowe czyniły tę formę działalności wyjątkowo atrakcyjną. Dla niektórych ponoć tak bardzo, że od zatrudnionych inwalidów nie oczekiwały nawet świadczenia jakiejkolwiek pracy. Przepisy się zmieniły, ale nadal zachowanie statusu ZPCh się opłaca. Z pożytkiem dla niepełnosprawnych? Guzik prawda.
Przypadkiem poznałem jeden z takich zakładów. Niewielki. Zatrudnia kilkadziesiąt osób. Działa 100 km na wschód od stolicy. Ze znalezieniem niepełnosprawnych pracowników firma nie miała problemu. Zaświadczenie o tym, że ktoś nie może prowadzić auta w pasach bezpieczeństwa z powodu chorób kręgosłupa lub serca kosztuje na tym terenie... 20 zł. Koszty uzyskania statusu inwalidy nie są wiele wyższe.
Pracownicy podpisali z pracodawcą umowy o pracę. Jest w nich mowa o niezłych wynagrodzeniach, niewiele odbiegających od średniej krajowej. Do tego kontrakty przewidują okresowe premie. Rzecz w tym, że pracownicy nigdy nie oglądali uzgodnionych pieniędzy na oczy. Pracują w systemie akordowym - jak na inwalidów przystało. Najsprawniejsi spośród niepełnosprawnych otrzymują do ręki 60% uzgodnionej pensji. Premii nie dostają wcale. Kwitują oczywiście odbiór kwot zgodnych z umowami o pracę. Idą na ten układ, bo nie mają alternatywy, jeśli nie chcą być bezrobotni.
Jednak od kilku miesięcy pracodawca nie wypłaca pensji w ogóle. Właściciel rzuca ochłapy, kiedy ma trochę gotówki. Pracownicy mają różne sposoby, aby skłonić go do potrząśnięcia sakiewką: proszą np. o 50 zł na chleb. Tydzień później ta prośba już nie działa. Pracodawca ironizuje, że... przecież nikt tak dużo chleba nie je.