Tym razem większość obserwatorów nie myliła się. Moment rozpoczęcia większej korekty trudno było przewidzieć. Dziś widać wyraźnie, że stała się ona faktem. Od poniedziałkowego zamknięcia WIG20 stracił 3,8%, od wtorkowego maksimum 5,5%. Ostatni raz zniżka o tej skali miała miejsce w kwietniu. Z jednej strony pokazuje to siłę trendu wzrostowego, z drugiej skalę wykupienia rynku. Oba te czynniki działają w przeciwnych kierunkach. Wiara w kontynuację hossy będzie skłaniać inwestorów do wykorzystywania każdej większej zniżki do ponownego napełniania portfeli. Skrajne wykupienie stwarza presję na realizację zysków. Wydaje się, że musi upłynąć trochę czasu aż opadną emocje i inwestorzy zaczną się kierować racjonalnymi przesłankami. Dlatego bardziej prawdopodobna jest stabilizacja w obszarze wyznaczonym poniedziałkowymi notowaniami, niż nagły zwrot koniunktury.
Skłonić do tego może debata budżetowa. Już wiemy, że nie ma co liczyć na "rozsądną" wartość deficytu budżetowego. Jednak to, co jeszcze rok temu przeraziłoby inwestorów, teraz jest przyjmowane ze spokojem. Tak będzie tylko do czasu. Niewykluczone że rynek szybko przekona się, jak drogo będzie kosztować obsługa długu publicznego w warunkach wzrastających rynkowych stóp procentowych.
Często mówi się, że giełda jest odbiciem stanu gospodarki. Trudno obecnie nie zgodzić się z takim stwierdzeniem. Tak jak wzrost PKB, będący wynikiem radykalnej obniżki stóp, osłabienia złotego do euro i zwiększania deficytu budżetowego, zasłania wszystkie wady naszej gospodarki, tak hossa, będąca bardziej pochodną niskiej płynności a mniej poprawy kondycji notowanych spółek, zakrywa niedoskonałości rynku kapitałowego. Ten ostatni nie znajdzie lepszych warunków do rozwoju niż teraz, gdy koszt kredytów bankowych jest wysoki, cena kapitału pozyskiwanego na giełdzie niska, a popyt na akcje duży. Skoro firmy nie spieszą się w takiej sytuacji na giełdę, to albo nie potrzebują środków na rozwój, albo odstraszają ich formalności i koszty związane z wejściem do obrotu publicznego.