A może by tak zostać rentierem? Żyć z odsetek. Odcinać kupony. Leżeć do góry (z coraz większym) brzuchem. I nie robić nic. Poza sprawdzaniem stanu pęczniejącego konta. No i może niezwykle męczącym poprawianiem materaca pływającego na środku basenu w jakimś sympatycznym, ciepłym kraju...
Taaak. No, pomarzyć można. Ale trzeba wracać do rzeczywistości. Czyli do obrabiania liczb i czasem wkurzającego ciułania. Choć, przynajmniej ostatnio, narzekać nie mogę. Moja leniwa strategia inwestycyjna i kupowanie mimo pukania się w czoło znajomych okazała się dobrym pomysłem. Kupiłem, nie kiwam palcem, a rośnie, że hej. No, może rosło, bo się trochę zacięło. Pytanie więc, czy strategia "buy and hold" (po polsku "bajendhold" albo "trzymaj, co kupiłeś") zacznie wreszcie działać na naszym pokaleczonym wieloletnią bessą rynku. Mimo mojego optymizmu nie zaryzykuję tak śmiałej tezy. Sytuacja, za sprawą ciężko chorych finansów publicznych, jest wciąż wielce chwiejna. Warto więc nadal pamiętać o kontrolowaniu własnego portfela.
Po pierwsze więc, żadna hossa nie powinna usypiać rewolucyjnej czujności inwestora. Rynek robi zawsze swoje i ma w nosie chciejstwo zwane szumnie "intuicją" (kawału o intuicji nie przypomnę, bo nie wypada). Rozsądny inwestor, niezależnie od pogody, dba o to, by samodzielnie kontrolować wysokość własnych ewentualnych strat. Na względnie płynnym rynku jesteśmy w stanie to robić. W przeciwnym razie nie mówimy o inwestowaniu, lecz o ruletce. Co więcej, kontrolowanie dopuszczalnej wysokości strat i realizowanie założonych wcześniej zysków (czyli nieuleganie ryzykownemu chciejstwu) jest de facto jedynym zachowaniem, które pozwala na wygrywanie z kaprysami rynku.
Nawet gdy jest się leniem giełdowym (vide: autor tego felietonu!), warto próbować łączyć strategię "buy and hold" z metodami niedopuszczania do nadmiernych strat i kontrolowanego wychodzenia z rynku, zanim on sam nie zweryfikuje brutalnie przesadnego optymizmu i naiwnej wiary w wieczną trwałość trendu. Bo "buy" nie oznacza przecież, by kupować za każdą cenę i w każdej sytuacji, a "hold" nie może z kolei być synonimem "frajerskiego" trzymania przecenianych bezlitośnie papierów (w nadziei na odrobienie strat).
Kupowanie i długoterminowe trzymanie w portfelu papierów byłoby nawet w porządku, gdyby nie brak realnej perspektywy stopniowej poprawy finansów publicznych. Brak radykalnych zmian w strukturze budżetu może powodować, że państwo wciąż będzie miało apetyt na nasze pieniądze. Nie tylko te zabierane przez coraz to nowe formy opodatkowania, ale także na kapitał z rynku kapitałowego i finansowego. Bez ograniczenia zapędów budżetu trudno będzie o długoterminowe podtrzymanie dobrego klimatu na giełdzie. Stąd wygodna, leniwa strategia "bajendholdu" musi być - na wszelki wypadek - uzupełniona o stały monitoring.