Silvio Berlusconi, premier Włoch i zarazem najbogatszy obywatel tego kraju, zapowiada, że jego gabinet będzie miał na tyle odwagi, żeby przeprowadzić niezbędne zmiany systemu emerytalnego. - Przed nami trudne i niepopularne decyzje, ale wierzę, że dzięki nim Włosi będą żyć w przyszłości bezpiecznie i dostatnio - stwierdził S. Berlusconi.

W planach rządu jest zwiększenie od 2008 r. minimalnego wieku emerytalnego do 65 lat zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Obecnie na emeryturę we Włoszech można już iść w niektórych przypadkach po skończeniu 57 lat. Aby otrzymać świadczenia emerytalne, trzeba będzie mieć wypracowane minimum 40 lat, wobec obecnych 35 lat.

Zmiany - zdaniem Berlusconiego - są konieczne. Włochy wydają obecnie rocznie na świadczenia emerytalne ok. 14% wartości produktu krajowego brutto i jest to zdecydowanie największy odsetek w Europie. Premier ostrzega, że te koszty mogą jeszcze wzrosnąć w najbliższych dekadach, ponieważ na emerytury będą odchodzić osoby z tzw. boomu demograficznego. Tymczasem - zdaniem premiera - świadczenia emerytalne skarbu państwa trzeba ograniczyć, żeby kontrolować wysokość deficytu budżetowego i zmniejszyć zadłużenie kraju.

Tymczasem planom rządu zdecydowanie sprzeciwiają się trzy największe włoskie centrale związkowe, reprezentujące ponad 11 milionów Włochów. Domagają się "delikatniejszych", mniej odczuwalnych społecznie zmian. Berlusconi twardo jednak obstaje przy swoim, twierdząc, że innego wyjścia nie ma. Zapowiedział jednak, że ewentualne propozycje od związkowców dotyczące zmian systemu świadczeń przyjmie w tym tygodniu i rozważy.

Silvio Berlusconi nie pierwszy raz "zadziera" ze związkowcami. W 1994 r. jego pierwszy rząd upadł właśnie ze względu na strajki związane również z projektem zmian systemu emerytalnego. W kwietniu 2002 r. próby zliberalizowania prawa pracy, które umożliwiałoby włoskim firmom łatwiejsze zwalnianie pracowników, również wywołały gwałtowne protesty. Odbył się wówczas we Włoszech największy strajk od 20 lat.