Po 3 latach przerwy mroczne widmo kryzysu walutowego w naszym kraju ponownie wychynęło na światło dzienne. W 2000 roku obawy płynęły głównie z obserwacji wielkości i dynamiki deficytu obrotów bieżących (8 proc. PKB). Tym razem powodem do niepokoju jest dynamika długu publicznego, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwo w 2005 roku osiągnie podwójnie ważny - jako limit konstytucyjny i warunek wejścia do EMU - poziom 60 proc. Rok 2005 jest rokiem wyborczym i można się obawiać, że problem drastycznego dostosowania fiskalnego, które na krótką metę wywołałoby recesję, zostanie przez rząd odwleczony na okres po wyborach. Warto zauważyć, że rząd pożycza obecnie pieniądze w tempie przekraczającym 10 mld dol. rocznie, na którym to tle ekipa Edwarda Gierka, tworzona przed 30 laty przez intelektualnych ojców obecnych decydentów gospodarczych, może jawić się jako okaz wyjątkowej roztropności i wstrzemięźliwości. W ciągu minionych lat kryzysy walutowe na świecie wybuchały z podziwu godną 3-letnią regularnością (1992 ERM, 1995 Meksyk, 1998 Rosja, 2001 Argentyna) i z pewnością nie byłoby dobrze, gdyby rynki doszły do wniosku, że dobrym - obok dolara - kandydatem na 2004 roku jest złoty. Inwestorzy zagraniczni już ulokowali w polskich obligacjach skarbowych 100 mld zł, co jest sumą odpowiadającą wielkości rezerw walutowych.
Jeśli uwzględnić dodatkowo nadmiernie optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego stanowiące podstawę planów budżetowych, to sprawa wygląda rzeczywiście dosyć beznadziejnie. Osobiście sądzę, że wykonanie wyroku zostanie jednak odroczone o kolejne kilka miesięcy. Oczekując w IV kw. gwałtownego załamania cen akcji na głównych rynkach zakładam - w zgodzie z obserwowanymi od 1997 roku zależnościami - spadek rentowności obligacji na głównych rynkach światowych do nowych kilkudziesięcioletnich minimów. Poszerzenie spreadów ponownie uczyniłoby polskie obligacje złotowe atrakcyjnymi dla zagranicznych spekulantów, co od listopada uruchomiłoby jeszcze jedną falę obligacyjnej hossy również w naszym kraju. n