Dochodzenie prowadzą prokurator generalny stanu Nowy Jork Eliot Spitzer i amerykańska Komisja Papierowych Wartościowych i Giełd (SEC). Ma ono wyjaśnić, czy pracownicy Fred Alger Management, instytucji kontrolującej aktywa warte ok. 10 mld USD, pozwalali inwestorom, przede wszystkim funduszom hedgingowym, na handel jednostkami uczestnictwa swoich funduszy powierniczych "po godzinach" lub na zasadzie "timingu", czyli zanim zostały one wycenione z uwzględnieniem najświeższych informacji z rynku.

W ubiegłym tygodniu, najwyraźniej z uwagi na rozszerzające się śledztwo, Alger zawiesił trzech pracowników ze swojej jednostki zarządzającej funduszami. Na stronie internetowej poinformowano, że jeden z byłych klientów mógł być uwikłany w nieuczciwy handel.

Melissa Daly, rzecznik prasowy Algera, powiedziała, że firmy dotąd nie poinformowano o objęciu jej śledztwem. - Otrzymaliśmy wezwanie z biura prokuratora do złożenia wyjaśnień, tak, jak 80 innych funduszy - oznajmiła. Wcześniej w liście do klientów prezes firmy Dan Chung napisał, że "przeprowadzona niezależnie inspekcja nie wykazała, by jakakolwiek transakcja była związana z timingiem".

Canary Capital, pierwsza z objętych śledztwem instytucji hedgingowych, na mocy zawartej ze Spitzerem ugody, zapłaciła 40 mln USD i dzięki temu nie musiała przyznawać się do winy. Przed sądem stanie zaś Theodor Sihpol, jeden z brokerów z Bank of America, który przyzwalał na nieuczciwe praktyki i kasował za nie prowizję. Instytucje finansowe, wśród nich tacy giganci jak Citigroup i Merrill Lynch, w związku z "funduszową aferą" łącznie zwolniły z pracy ponad 20 osób, głównie brokerów.