No i mamy cięcia tak zwane. Deklarowane cięcia. A raczej, niestety, tylko symulację cięć wydatków rozdętego i nieefektywnego budżetu. Bo cięcia, o których doniosły agencje najszybciej dotyczą akurat jednej z tych dziedzin, które powinny być rehabilitowane, a nie ograniczane. We wczorajszym serwisie Reutersa jedną z pierwszych była bowiem wieść o tym, że "redukcje wydatków na obronę wyniosą 4,4 mld zł w latach 2005-2007". W kontekście sytuacji na świecie i raczej chyba niezbyt komfortowej sytuacji naszej armii to zaiste zadziwiająca deklaracja. Która dodatkowo nijak się ma do postulatów racjonalizacji budżetu państwa. Ta zaś nie ma przecież polegać na odcinaniu sobie ucha czy ręki. Państwo powinno skupić się na tym, co faktycznie należy do jego obowiązków. To znaczy dbać o to, o co dbać powinno i nie przeszkadzać tam, gdzie państwa być praktycznie nie powinno. Zmiany wymaga struktura budżetu. A to oznacza także, że zamiast rezygnować z zakupu majtek i pocisków dla żołnierzy, trzeba pozbawić dochodu cwaniaczków, których jedyną ambicją życiową jest wywalczenie renty na winko.
Wczorajszy capstrzyk medialny, podlany patriotycznym sosem na temat dbałości o los państwa, był jednym z najbardziej żenujących spektakli od czasów popisów byłego ministra finansów. Kpina z opinii publicznej polega na tym, że cięcia muszą być znacznie głębsze. I to, co jest sprzedawane medialnie jako recepta na ocalenie Polski, jest raptem małym plasterkiem na wielkiej ranie. I nie jest to żadna recepta ani na sukces, ani - niestety - na bezpieczeństwo państwa. Zwłaszcza gdy jedną z pierwszych informacji jest ta o ograniczaniu wydatków na bezpieczeństwo narodowe.
Nie wolno czekać - twierdzi, całkiem słusznie zresztą, premier Miller. Nie wolno czekać. Tylko, że jednocześnie nie wolno oszukiwać ludzi. Szacunki deficytu budżetowego są i tak zaniżone o kilkanaście miliardów wynikających choćby z chowania "pod dywanem" takiej pozycji jak zobowiązania śmiertelnie chorego ZUS-u wobec klientów funduszy emerytalnych. Opowiadanie więc o zbawiennym wpływie kilkumiliardowych cięć zakrawa na bezczelny blef. Oburzać musi także zadęcie i pompa, z jakimi ogłaszane są ponoć heroiczne, choć przecież daleko niewystarczające decyzje rządu o ograniczaniu i tak koszmarnego deficytu budżetowego. Signum temporis może być nagła przerwa w czasie wczorajszej transmisji z nadętej konferencji prasowej rządu w jednej ze stacji telewizyjnych. Brak wizji nie dotyczy wszak bynajmniej tej transmisji.
Koszmar polega także na tym, że trzeba trzymać kciuki za facetów, którzy - w obecnej ekipie - chcą robić cokolwiek w miarę sensownego. To znaczy - jakoś tam - ograniczać deficyt budżetowy i hamować narastanie gigantycznego długu publicznego. To jednak zdecydowanie za mało. Za mało, by mówić o racjonalnym państwie. Za mało, by mówić o nadziei na bezpieczną przyszłość. I za mało, by mieć nadzieję na trwałe podtrzymanie ożywienia gospodarki, która wymaga czegoś więcej niż pustych sloganów polityków.
PS Najbardziej podoba mi się to, że rząd deklaruje oszczędności w wydatkach budżetowych w latach, w których rządem pewnie już nie będzie. Jakie to polskie...