Od niewielkich spadków rozpoczęły się wczorajsze sesje na Wall Street. Byki szybko jednak przejęły inicjatywę, podciągając indeksy powyżej środowego zamknięcia. To akurat nie dziwi, bo to one w dalszym ciągu mają przewagę. Oczywiście, jeżeli spojrzeć na rynek przez pryzmat analizy technicznej. Gdyby kierować się tylko i wyłącznie fundamentami, to indeksy powinny być na dużo niższych poziomach. Dobre nastroje to zasługa przede wszystkim kalendarza oraz analityków, którzy widzą przyszłość tylko w różowych kolorach. Jeżeli zaś chodzi o pieniądze, to te ponownie płyną szerokim strumieniem do funduszy inwestujących w amerykańskie akcje.

I tak, mimo przykrych doświadczeń z 2000 roku, inwestorzy kupują akcje, pompując dalej spekulacyjny balon. Najdziwniejsze w tym jest to, że większość zdaje sobie sprawę, że zwyżka nie ma podstaw fundamentalnych. Jednak utrzymują oni długie pozycje, bo na razie nie ma sygnałów sprzedaży. Stąd też do czasu ich wygenerowania dalej można oczekiwać powolnych wzrostów, naprzemiennie występujących z mniejszymi lub większymi korektami. Czyli dalszy ciąg scenariusza, realizowanego już od prawie 5 miesięcy.

Ciekawie zapowiada się piątkowa sesja na giełdzie tokijskiej. W czwartek, po zwyżce o 1,2 %, Nikkei zakończył dzień zaledwie kilka punktów poniżej szczytu z 18 września br. (11033 pkt). Przełamanie tej bariery pozwoli kontynuować, rozpoczęty w maju trend wzrostowy przynajmniej do 12 000 pkt, gdzie opór tworzą lokalne szczyty z marca i maja ub.r.

Natomiast odbicie od 11033 pkt stworzy zagrożenie podwójnym szczytem. To samo w sobie nie będzie jeszcze sygnałem sprzedaży. Sygnał taki powstanie dopiero z chwilą spadku poniżej 10500 pkt (pięciomiesięczna linia hossy oraz 15-dniowa średnia). Niemniej jednak porażka byków na poziomie wrześniowego szczytu znacznie wzmocni siłę strony podażowej. Gdyby faktycznie doszło do utworzenia formacji podwójnego szczytu, to końcówka roku powinna upłynąć pod znakiem spadków.