W krajach nadbałtyckich prywatyzacje kilku spółek zostały wstrzymane na skutek nacisków politycznych. Podobnie jak w Polsce, w Estonii i na Łotwie nie obyło się bez awantur w parlamentach, z prywatyzacją energetyki w tle.
Estoński skandal
prywatyzacyjny
W Estonii, na Łotwie i Litwie łączna moc funkcjonujących elektrowni wynosi 11,3 tys. megawatów. To zaledwie 30% mocy, którą posiadają elektrownie polskie. Mimo że rynek nie jest duży, procesy prywatyzacyjne w tych krajach nie były i nie są proste. Dwa lata temu rząd estoński sprzedał amerykańskiemu NRG Energy 49-proc. pakiet akcji Narva Power Plants, która produkuje 95% energii w Estonii. W jej skład wchodzą dwie elektrownie (Esti i Balti o łącznej mocy 400 tys. MW). Amerykanie zapłacili za spółkę 70,2 mln USD i obiecali zainwestować 200 mln USD. Prywatyzacja odbyła się w atmosferze skandalu. Był na tyle silny, że rząd estoński zdecydował się unieważnić transakcję. Twierdził, że NRG nie przedstawił źródeł finansowania inwestycji. W styczniu ostatecznie wywłaszczono Amerykanów. Ci wystąpili z pozwem do sądu arbitrażowego. Żądali odszkodowania w wysokości100 mln USD. Sprawa trwa. Narva Power Plants została tymczasem wniesiona do nowo powstałej firmy Esti Energy.
Łotwa również wycofała się z koncepcji prywatyzacji największego dystrybutora energii - Latvenergo. Pierwotnie spółka była przeznaczona do prywatyzacji w 2000 roku. Inwestorem miała być firma zagraniczna. Społeczne protesty doprowadziły jednak do wycofania się rządu Łotwy z tej koncepcji, po tym jak pomysł odrzuciła Saeima (łotewski parlament). Prywatyzację postanowiono jednak kontynuować, tym razem poprzez fuzję spółki z estońskim Esti Energy. Argumentowano, że dzięki temu lokalna duża firma z powodzeniem będzie konkurować na wolnym rynku Unii Europejskiej. Po konsultacjach odrzucono jednak i ten pomysł. Rząd tłumaczył się, że Latvaenergo przed prywatyzacją musi zostać zrestrukturyzowana i bardziej wydajna, zwłaszcza w kontekście wejścia do UE w 2004 roku.