Siła i determinacja sprzedających sprowadziła indeks WIG20 na poziomy, jakich nie oglądaliśmy od przełomu września i października. W ciągu ostatnich sześciu sesji zarówno indeks największych firm, jak i kontrakty terminowe straciły ponad 200 pkt. Wśród głównych powodów załamania rynku, poza pogorszeniem nastrojów globalnych, wskazuje się podaż pochodzącą z transakcji arbitrażowych, co jednocześnie nałożyło się na niemal zupełny brak popytu.

Inwestorzy, którzy przed kilkoma tygodniami otwierali arbitrażowe pozycje indeksowe przy bazie oscylującej w przedziale +30 do +40 pkt, chętnie korzystali ze spadku bazy niemal do zera i zamykali swoje pozycje, realizując pokaźne zyski (bez ryzyka, jak to przy arbitrażu!). Zamykanie pozycji polegało na sprzedawaniu akcji 20 spółek z portfela indeksu WIG20 i jednoczesnym odkupieniu sprzedanych wcześniej kontraktów. Brak chętnych do kupowania akcji powodował, że podaż arbitrażystów trafiała w pustkę, drastycznie obniżając wartość indeksu.

W środę dzięki kolejnej, dość sporej zniżce WIG20, indeks dotarł do kluczowego wsparcia, jakie stanowi linia trendu wzrostowego, powyżej której rynek poruszał się od kwietnia br. Powstrzymała ona zniżkę o podobnej sile na przełomie września i października. I choć obecnie sytuacja na światowych indeksach znacznie się pogorszyła, a na dziennych wykresach świecowych graczy straszą coraz dłuższe czarne korpusy.

Wydaje się, że wspomniana wyżej linia trendu wzrostowego w Warszawie na razie ma szansę się obronić. Jej definitywne przełamanie otworzyłoby drogę do bardzo szybkiego przetestowania ostatniego dołka z 1 października, który dla indeksu wypadł na poziomie 1477 pkt. Myślę jednak, że zanim się tam znajdziemy, inwestorzy przystąpią do obrony obecnych poziomów cenowych, nastąpi zwiększenie bazy na kontraktach futures, a arbitrażyści przystąpią do ponownego otwierania pozycji. To uaktywni popyt na akcje i stanie się przyczynkiem do wystąpienia korekty wzrostowej na indeksie WIG20 już w czasie najbliższych sesji.