No i się zaczęło! Wicepremier Hausner przedstawił plan racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd go przyjął, co już należy uznać za sukces, biorąc pod uwagę niechęć szefów poszczególnych resortów do cięć. Oficjalnie nikt tego nie mówił, ale nieoficjalnie co chwilę dowiadywaliśmy się o kłopotach. Plan został przyjęty pewnie dlatego, że ministrom łatwiej było przełknąć dokument, zgodnie z którym poszukiwanie oszczędności na dobre zacznie się dopiero w 2005 roku. Na razie więc jakoś jest.

Czyli koniec imprezy? Ależ skąd, dopiero początek, przecież całość musi przejść przez parlament. Wcześniej jednak plan został poddany ocenie przez różnych ekonomistów. Generalnie panowało przekonanie, że nie jest wystarczająco ambitny, ale stanowi swoiste minimum i może uchronić nas od załamania finansów publicznych. I najważniejsze, że w ogóle jest. Wreszcie. Były jednak i takie głosy, że to nie jest żadna poważna reforma. Ale mniejsza z tym, przejdźmy do sedna, czyli do rozgrywek politycznych.

Problem w tym, że właściwie nikt bez zastrzeżeń projektu nie popiera. Sojusz Lewicy Demokratycznej generalnie jest za, choć ma świadomość kosztów społecznych. Generalnie, bo oto dowiadujemy się, że sporej części posłów nie podoba się "atak w najbiedniejszych", jak określają propozycje reform. Koalicyjna Unia Pracy powiedziała wprost, że jest przeciw, z tym że jest gotowa do rozmów, czyli chce kompromisu. Przynajmniej oficjalnie. Nie wiem, czy to daje szanse na cokolwiek, bo jak tempo dochodzenia do kompromisu osiągnie poziom z programu budowy autostrad sygnowanego przez szefa UP, to możemy sobie od razu dać spokój. Szkoda czasu. Dla PSL, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin plan jest nie do przyjęcia, bo sięga do kieszeni mniej zarabiającej lub wcale nie zarabiającej części społeczeństwa. LPR posunęła się nawet dalej i złożyła wniosek o wotum nieufności dla Hausnera, poparty przez część innych sił opozycyjnych. Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość też generalnie nie są za. W przypadku PO przede wszystkim z uwagi na fakt, że cięcia po pierwsze są zbyt małe, po drugie znaczna ich część jest wprowadzana za późno, to znaczy nie od roku 2004. Czyli, jak się można było spodziewać, jedni uważają, że zmiany są zbyt drastyczne, inni, że za małe. Logika wskazywałaby więc na to, że projekt jest pewnego rodzaju kompromisem, a więc powinien zyskać akceptację ogółu. Ale czy na pewno?

Największym problemem jest to, że nie ma zdecydowanego poparcia dla propozycji zmian ze strony koalicji. Muszę przyznać, że poraziło mnie stanowisko UP. Tłumaczenie, że jest się partią lewicową, jest kompletnie bez sensu. Bo co to niby ma znaczyć? Że w związku z tym finanse publiczne mogą się rozsypać? Że można oszukiwać państwo lewymi rentami albo wypłacać zasiłki tym, którym się nie należą?

Tak naprawdę reforma finansów publicznych wciąż więc wisi na włosku. Bo budżetu na 2004 rok na pewno nie można nazwać początkiem zdecydowanych działań. Batalia dopiero się zaczyna. I miejmy nadzieję, że jednak zakończy się przyjęciem propozycji, które uchronią nas od zapaści. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że plan będzie wdrażany tylko dlatego, że zagłosowała na niego część liberalizującej opozycji.