Odreagowanie mające być analogią z 8 września spóźniło się jeden dzień. Zejście ze ścieżki wyznaczonej przez wrześniową falę spadkową zawdzięczamy rynkowi amerykańskiemu, który poprzez środowe nagromadzenie przedsesyjnych fatalnych wyników zdołał wystraszyć nawet nasz dość niezależny ostatnio rynek. Echa tych publikacji słychać było jeszcze wczoraj rano. Niestety, rodzimi inwestorzy powinni chyba coraz bardziej przyzwyczajać się do negatywnego wpływu wyników amerykańskich gigantów na światowe rynki akcji. Kursy bowiem zdyskontowały bardzo duży wzrost zysków (np. IV kw. +22%), podczas gdy wszystko zapowiada nadchodzące załamanie ożywienia.
Weźmy porównanie zysków spółek z indeksu S&P500 (uwzględniając inflację) oraz wykorzystanie potencjału produkcyjnego. Gdy porównamy te dane okazuje się, że zmiany tej drugiej wartości bardzo dokładnie wyprzedzają (podobnie jak indeksy) o 6-12 miesięcy, początek dynamicznego wzrostu (np. lata 1972, 1977, 1984, 1988, 1993) lub spadku (1975, 1980, 1990) zysków giełdowych spółek.
Są oczywiście wyjątki od reguły i takim była "nowa ekonomia" przed paroma laty, gdy bez wzrostu wykorzystania potencjału produkcyjnego zyski bardzo mocno wzrosły. Tłumaczyć to można albo kreatywną księgowością, albo przenoszeniem produkcji w "tańsze" rejony świata, choć to już kosztem rodzimego przemysłu. Oczywiście przy takiej negatywnej dywergencji wspomnianych danych naśladowanie przez indeksy sztucznie nadmuchanych wyników doprowadziło w końcu do załamaniu rynku akcji. Najgorsze jednak jest to, że powtarza się to po raz drugi, a do tego nie tylko wzrostowi zysków nie towarzyszy wzrost potencjału produkcyjnego, ale jest on poniżej 75%, co zawsze pokazywało, że dno giełdowych zysków zostanie dopiero osiągnięte.