Agencja Standard&Poor?s podtrzymała wczoraj rating BBB+ dla polskich obligacji denominowanych w walutach obcych. Ocena ta dotyczyła papierów, które nasz kraj sprzedawał w środę - 10-letnich obligacji dolarowych. Jednak analitycy S&P ostrzegli, że bez reform naszemu krajowi grozi zapaść finansów publicznych. Ich zdaniem, bez reform deficyt budżetowy w latach 2004-2005 wyniesie aż 7% PKB. A to oznacza, że w 2006 roku dług publiczny przekroczy poziom 60% PKB. Tak duży dług publiczny oznacza złamanie polskiej konstytucji, a także konieczność równoważenia budżetu państwa w krótkim czasie. Jednocześnie zły stan finansów publicznych uniemożliwi naszemu krajowi wprowadzenie euro. Na wspólną walutę mogą bowiem przejść tylko te kraje, gdzie deficyt budżetowy nie przekracza 3% PKB, a dług - 60%.

"Brak reform w konsekwencji oznaczałby, że Polska przyjmie euro dopiero po 2010 roku" - czytamy w raporcie S&P.

Przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego uważają, że najlepiej dla Polski byłoby, gdyby nasz kraj przyjął euro w najbliższym możliwym terminie, czyli w 2007 roku. Jednak przyznają, że może się to okazać niemożliwe.

Na pytanie, czy możliwe jest opóźnienie tak znaczne, jak wynikające z prognoz S&P, Andrzej Bratkowski, wiceprezes NBP, odpowiedział: - Jeżeli nie będziemy mieli dostosowania fiskalnego, to sytuacja będzie trudna. Faktycznie, będzie bardzo trudno wejść do strefy euro przed 2010 rokiem.

Jego zdaniem jednak, jeśli rząd wykaże się determinacją w reformowaniu finansów publicznych, 2007 r. jako termin przyjęcia euro nadal jest realny. Obok reform konieczne jest do tego również rozpoczęcie negocjacji w sprawie wejścia naszego kraju do ERM II, czyli systemu kursowego, który przygotowuje kraje kandydackie do wprowadzenia euro.