Na wczorajszej sesji po raz kolejny kursy ustawiane były przez kosze zleceń. Stało się to już normą i jest w coraz mniejszym stopniu czynnikiem budzącym emocje. Doszło do tego, że jeśli indeks nie zmieni się znacznie, to rynek terminowy w ogóle na akcję "koszykarzy" nie reaguje. Wczoraj nie dało się jednak ich zupełnie zignorować. Spadek wartości indeksu kilkanaście punktów w kilka minut nie jest sytuacją, wobec której można przejść obojętnie. Zwłaszcza że dzieje się to w bezpośrednim sąsiedztwie ważnego poziomu wsparcia.
Dwie pierwsze akcje koszykarzy sprowadziły wartość indeksu i ceny kontraktów na poziom wsparcia. Tu popyt był już bardziej zdeterminowany. Trudno się dziwić - przełamanie wsparcia otwierało drogę do spadku o kolejne 50 pkt. Pierwsze odbicie było jednak słabe. Ceny ponownie znalazły się blisko minimów. Wtedy przeprowadzono trzecią akcję sprzedaży "koszykowej". Na nią kontrakty prawie w ogóle nie zareagowały. Ponieważ nie zaangażowano w nią dużego kapitału, można było przypuszczać, że podaż nie ma sił na walkę. To był sygnał do próby podniesienia cen.
Próba się powiodła i sesję zakończyliśmy nad poprzednim zamknięciem, a nawet nad poziomem otwarcia. O sile rynku świadczy także fakt, że ten nie zareagował niemal w ogóle na wiadomość o obniżce ratingu polskiego długu złotowego, jakiej dokonała agencja S&P. Wiadomość ta to pierwszy poważny sygnał, że propozycje oszczędności zawarte w planie Hausnera muszą być przyjęte przez Sejm. W przeciwnym razie takie informacje będą pojawiać się częściej. Można mieć nadzieję, że ten ruch da do myślenia polskim decydentom i względy ekonomii wezmą górę nad doraźnymi celami politycznymi. No, a może to tylko złudne nadzieje-