Poniedziałkowa sesja to tradycyjny przedświąteczny marazm. Rodzime fundusze wyraźnie przedłużyły sobie weekend do środy, co przełożyło się na mocny spadek obrotów, do poziomu nie notowanego od 22 kwietnia. Ta data od razu rozbudza byczą wyobraźnię, bo właśnie z tego miejsca rozpoczęła się czteromiesięczna hossa. Powtórki jednak nie będzie.
Aktywność na parkiecie zwiększy się dopiero pod sam koniec tygodnia - można wyliczyć przynajmniej kilka powodów, które nie zachęcają do odważniejszych decyzji. Najważniejsze to wyczekiwanie na wyniki giełdowych spółek, takich jak (TP, Pekao, PKN czy BZ WBK) i przewidziany na 13 listopada początek fali strajkowej.
Strajki nie są żadną niespodzianką dla rynków finansowych. Warto jednak pamiętać, że zaufanie rynków do jakże ważnych gospodarczych posunięć obecnego rządu opiera się praktycznie na jednej osobie - min. Hausnerze. Jego wypowiedzi na temat strajków są dość ostre, a taki dialog z mocno zdesperowanymi związkowcami, przy braku poparcia ze strony całego SLD, może skończyć się dla wicepremiera fatalnie. Nie mówię przy tym, że robi coś źle - jest po prostu w złej sytuacji. Najlepiej oddają ją dwie wypowiedzi przedstawicieli SLD. Program Hausnera będzie dobry dla Polski i zabójczy dla SLD, jeżeli Sojusz go nie zrealizuje - twierdzi marszałek Sejmu. Podczas gdy parę tygodni temu usłyszeliśmy, że "prezydium klubu SLD oprotestowało zabójczy dla wyborczych szans Sojuszu program oszczędności budżetowych wicepremiera Jerzego Hausnera". Pozostaje jedynie dodać, że jeśli pod naciskiem protestów rząd (lub Hausner) odejdzie od niezbędnych reform, będzie to zabójcze dla giełdowych byków.