Właśnie minął kolejny długi weekend w naszym pięknym i bogatym kraju. Większość inwestorów powróciła przed monitory po czterodniowej przerwie, jednak nie był to powrót spektakularny. Po poniedziałkowej mizerii obroty wprawdzie wzrosły, ale w dalszym ciągu trudno mówić o jakiejś szczególnej aktywności uczestników rynku. Dominuje najwyraźniej nastrój wyczekiwania i niepewności związanej z sytuacją makroekonomiczną. Analiza techniczna sygnalizuje wprawdzie, że rynek chętnie by wzrósł do górnego ograniczenia trójkąta kreślonego przez WIG20 już od końca sierpnia (czyli do poziomu nieco powyżej 1700 punktów), ale obawy, i to zarówno te natury ekonomicznej, jak i politycznej, nie pozwalają graczom na bardziej zdecydowane przejawy optymizmu. Wczoraj rano jedną z poważniejszych gróźb była możliwość sparaliżowania kraju przez akcję protestacyjną na kolei. Zawieszenie tego protestu oznacza, że rząd poszedł na jakieś ustępstwa. A przecież i bez tego wiara w stuprocentową realizację planu cięć budżetowych wicepremiera Hausnera nie była zbyt wielka.

Jeszcze kilka grup zawodowych wyjdzie na ulicę, a można być pewnym, że z programu racjonalizacji wydatków zostaną tylko strzępy. Zresztą rząd ma jeszcze w zanadrzu zmianę metodologii liczenia długu publicznego, która może obniżyć go w stosunku do PKB o kilka punktów procentowych.

Niestety, czas mija nieubłaganie, a rozwiązania najważniejszych kwestii ciągle pozostają w sferze domysłów. Dopóki się to nie zmieni, wielu inwestorów będzie obserwować wydarzenia na parkiecie raczej z chłodną rezerwą.

Mimo to na naszym rynku nie widać objawów szczególnej nerwowości. Wsparcie dla WIG20 znajduje się na poziomie 1490 punktów, opór około 230 punktów wyżej i tak naprawdę dopiero przebicie którejś z tych barier da odpowiedź o przyszłość rynku w średnim terminie. Na pewno jednak nie zdarzy się to przy aktywności graczy na obecnym poziomie.