Protest rozpoczął się o szóstej rano i był kontynuowany na kolejnych zmianach. Jednak informacje związkowców i pracodawców na temat rzeczywistego zasięgu poniedziałkowego protestu są sprzeczne. Rzecznik największej górniczej spółki - Kompanii Węglowej - Zbigniew Madej poinformował, że na pierwszej zmianie wydobycia węgla nie podjęto w 13 na 23 kopalnie spółki. Strajkujące kopalnie mają wznowić pracę dziś, po 24 godzinach przestoju.
Związkowcy domagają się zmiany programu restrukturyzacji górnictwa, odstąpienia od planów likwidacji czterech kopalń, utrzymania układów zbiorowych pracy oraz uprawnień emerytalnych górników. Poniedziałkową akcję traktują jako ostrzeżenie Jak powiedział szef "Solidarności" w Kompanii Węglowej Dominik Kolorz, związek daje teraz rządowi i pracodawcom trzy tygodnie na podjęcie rozmów prowadzących do porozumienia. Jeżeli do niego nie dojdzie, grozi generalną akcją protestacyjną w pierwszej dekadzie grudnia. Ma ona polegać m.in. na blokadzie transportu węgla ze Śląska.
Według wiceministra gospodarki Jacka Piechoty, poniedziałkowy strajk nie przybliża celu, który postawił sobie rząd, czyli doprowadzenia do rentowności kopalń. - Celem rządu nie jest likwidacja czterech kopalń, tylko doprowadzenie do tego, by cały sektor górnictwa był rentowny. To, jakie działania podejmie Kompania Węglowa, zależy od jej zarządu - stwierdził wiceminister Piechota. Przypomniał, że w piątek zarząd zapowiedział, iż przeanalizuje jeszcze raz sytuację w spółce. W tej analizie zarząd weźmie pod uwagę również poniedziałkowy strajk, ale też poprawiającą się sytuację na rynku węgla kamiennego na świecie. Według J. Piechoty, ewentualny strajk generalny niczego nie poprawi, a jedynie pogorszy sytuację w górnictwie.