I znowu to samo! Oto dowiadujemy się, że ministrowie finansów krajów strefy euro postanowili, że nie będzie działań dyscyplinarnych wobec Niemiec i Francji. Chodzi oczywiście o fakt, że oba kraje nie spełniają w tej chwili jednego z postulatów narzuconych przez europejski Pakt Stabilizacji i Rozwoju. Poziom ich deficytów budżetowych przekracza 3% PKB. Berlin i Paryż mają jedynie złożyć deklaracje, że będą dążyć do ograniczenia deficytów.
Czyli cały ten pakt można włożyć między bajki. Skoro raz się coś postanawia, to należałoby tych postanowień dotrzymywać. Inaczej dochodzimy do wniosku, że prawo prawem, umowy umowami, a rzeczywistość rzeczywistością. Mało tego, w obecnej sytuacji widać wyraźnie, że mamy równych i równiejszych. Ktoś powiedział, że nawet jeśli, to nie zwalnia to krajów wchodzących do Unii od spełnienia narzuconych kryteriów. W końcu to my chcemy dostać się do Unii, występujemy w roli petentów, a więc musimy na pewne rzeczy się zgadzać. To wszystko prawda. Ale kuriozalnie wygląda sytuacja, w której największym państwom Unii zwraca się delikatnie uwagę, prosząc je o ledwie deklaracje, a nam się grozi, że jeśli nie ograniczymy zadłużenia publicznego i deficytu budżetowego, to czekają nas sankcje. Oba wydarzenia dzieli dosłownie kilka dni. I jak tu przekonywać Polaków do Unii- Na domiar złego, Niemcy i Francja nic sobie nie robią z narzuconych ograniczeń od dłuższego czasu (dokładnie od trzech lat). A więc to nie jest jednorazowy wypadek przy pracy, ale działanie permanentne.
Decyzja ministrów finansów Unii nie spotkała się z aprobatą Komisji Europejskiej. Mało tego, przedstawiciele Komisji podejmą, jak twierdzą, działania na rzecz zablokowania tych postanowień. Przeciwko przymknięciu oczu na działania Niemiec i Francji jest nowy prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet (Francuz). Z decyzją nie godzi się również kilka krajów Unii. Całe szczęście. Oznacza to bowiem, że także w UE są tacy, którzy nie chcą stosować zasady braku równości i nie chcą, aby przyjęte postanowienia były tylko fikcją. Tyle tylko, że może to oznaczać swoisty rozłam i na pewno nie jest korzystne dla dobra UE.
Ale mimo wszystko, co warto jeszcze raz podkreślić, naszą reformę musimy przeprowadzić. Bez względu na to, co będzie nam kazała Bruksela, trzeba zreformować finanse publiczne i trzeba iść w kierunku zrównoważenia budżetu. Ograniczenie deficytu i spełnienie pozostałych warunków Paktu Stabilizacji i Rozwoju jest potrzebne po to, aby stworzyć warunki stabilnego i długotrwałego wzrostu naszej gospodarki. O tym na tych łamach pisano wielokrotnie. Powtórzmy jeszcze raz: niższy deficyt to relatywnie niższe stopy procentowe, a więc niższe koszty finansowania (mówiąc wprost na przykład tańszy kredyt). To również mniejsze obciążenia wynikające z tytułu obsługi zadłużenia. Poza tym słabszy jest wtedy efekt wypychania (polega on na tym, że środki, które mogłyby w jakiś sposób być wykorzystane na inwestycje, przeznaczane są na zakup papierów skarbowych).
Słusznie mamy pretensje o to, że Unia coraz częściej dzieli wchodzące w jej skład, lub pretendujące do bycia w jej szeregach, państwa na kilka kategorii. Ale absolutnie nie może to oznaczać, że w ramach protestu też sobie będziemy odpuszczać. Przynajmniej jeśli chodzi o założenia Paktu Stabilizacji i Rozwoju. My i tak musimy przeprowadzić reformę. Ale może chociaż fakt pobłażliwego potraktowania Niemiec i Francji uda się wykorzystać do wynegocjowania ustępstw w innych obszarach-