Dramatyczne gesty największego z nowych graczy, którego w domu nawet opozycja zagrzewała do boju, jak masażyści boksera w narożniku, najpewniej okażą się niewiele więcej niż rozgrzewką, ponieważ unijny szczyt być może nie będzie całą bokserską walką, a jedynie pierwszą jej rundą.
Faktem jest, że - nawet, jeśli na szczycie nie zapadną jeszcze wiążące decyzje co do przyszłego kształtu UE - będzie on miał fundamentalne znaczenie dla Polski.
Szczyt poświęcony jest próbie przyjęcia, a następnie ratyfikowania przez wszystkich 25 członków UE - włączając tych, którzy przystąpią do Unii w maju 2004 roku - konstytucji Wspólnoty, nad którą przez 17 miesięcy pracował specjalnie powołany Konwent.
Większość z kilkuset artykułów dokumentu nie budzi już zastrzeżeń, oprócz dwóch kwestii: podziału głosów w Radzie UE oraz, w mniejszym stopniu, braku odwołania do chrześcijańskiego dziedzictwa w preambule do konstytucji.
Po długich, żarliwych sporach zgromadzeni w Nicei szefowie państw unijnych postanowili, że w Radzie UE Niemcy (ok. 80 mln mieszkańców), a także Francja, Włochy i Wielka Brytania (po ok. 60 mln) będą dysponowały 29 głosami, natomiast Polska i Hiszpania (po ok. 40 mln) - 27 głosami.