Po nadspodziewanie udanym dla posiadaczy akcji ubiegłym tygodniu, gdy indeks WIG20 wzrósł o ponad 6%, początek bieżącego przyniósł nieznaczne osłabienie. Jest ono raczej wynikiem cofnięcia się popytu (niższa aktywność zagranicy) niż dużej podaży akcji (większości krajowych instytucji nie zależy na obniżeniu ich notowań). Wstrzemięźliwości zagranicznych inwestorów nie należy się zbytnio dziwić, zważywszy, że od początku roku indeks WIG urósł już o ok. 44%, dystansując swoje odpowiedniki na giełdach w Budapeszcie i Pradze. Niestety, kursy akcji rosną znacznie szybciej niż zyski naszych spółek (P/E równe 25), a to oznacza, że na tle innych rynków wschodzących nie stanowimy obecnie taniej alternatywy.

Wysoki poziom wycen powoduje coraz szerszy wysyp emisji na rynku pierwotnym. Z kolei spółki, które przeprowadziły wcześniej skup własnych papierów po niższych cenach, mogą teraz korzystnie uplasować je na rynku. Nie zdziwiłbym się, gdyby na zmniejszenie posiadanych udziałów zdecydowali się nawet niektórzy inwestorzy strategiczni. Zwiększona podaż akcji nie powinna jednak przeszkodzić w kontynuacji wzrostów w dłuższym okresie.

W krótszym terminie zagrożeniem dla koniunktury na GPW jest sytuacja na rynkach zagranicznych. Warto zwrócić uwagę na sygnały słabnięcia amerykańskich konsumentów. Spada liczba wniosków o refinansowanie kredytów hipotecznych, stopniowo wyczerpują się impulsy związane z obniżką podatków, a sezon świątecznych zakupów może być mniej udany niż w poprzednich latach (vide poniedziałkowe ostrzeżenie Wal-Marta). Te negatywne sygnały mogą jednak nabrać znaczenia dopiero wówczas, gdy na rynku rozpoczną się spadki.

Impulsem może okazać się sytuacja na rynkach walutowych. Reakcja na schwytanie Saddama Husajna obnażyła po raz kolejny słabość dolara, u której podstaw leży ogromny deficyt obrotów bieżących w USA. Poniedziałkowe dane na temat przepływów walutowych ponownie ożywiły obawy co do możliwości sfinansowania tego deficytu, którego wielkość sięga 45 mld dolarów miesięcznie.