Inwestorom coraz bardziej udziela się świąteczna atmosfera. Kluczowym pytaniem jest to, czy zgodnie z oczekiwaniami większości kupujących do końca roku będą już tylko bronić wypracowanej w pierwszej połowie grudnia pozycji, czy też rynek jeszcze raz zaskoczy graczy i wykona bardziej zdecydowany ruch. Wczorajsze notowania pokazały, że opór w okolicy 1600 pkt ma duże znaczenie - jednocześnie podaż nie jest zbyt agresywna i trudno przypuszczać, żeby zepchnęła indeks znacznie poniżej tej wartości. Zasłonięta została niewielka luka hossy z ostatniego piątku, ale to zbyt mało, by twierdzić, że popyt dał już za wygraną.

Niepokoić musi sytuacja na węgierskiej giełdzie, gdzie BUX po chwilowym odreagowaniu listopadowej zniżki, znów idzie w dół. Jest coraz bliżej ukształtowania formacji głowy z ramionami, kończącej tegoroczny wzrost. Zapowiada ona spadek o dalsze 10%. O ile nie musi to początkowo wywołać zniżki w Warszawie, to nie pomoże przyciągnąć zagranicznego kapitału, na który liczy część posiadaczy akcji.

Nieoczekiwany spadek inflacji w USA wzmocnił rynki obligacji. Zapewnienia Fed o możliwości utrzymania przez dłuższy czas stóp procentowych na obecnym poziomie wydają się jak najbardziej na miejscu. Jednocześnie dynamiczny wzrost gospodarczy powinien w jakimś stopniu wywoływać presję cenową. Byłby to znak, że popyt w gospodarce jest na tyle duży, że przy obecnej produkcji powoduje wzrost cen. To zachęcałoby przedsiębiorców do większej aktywności i pozwalałoby myśleć o stabilnej poprawie koniunktury.

Spadający dolar nie wywołuje zaniepokojenia w USA. Będzie się tak działo dopóki odporne na tę sytuację będą amerykańskie aktywa. Na razie znoszą to nad podziw dobrze. Problem jednak w tym, że na razie nic nie zapowiada umocnienia dolara. Euro powinno niedługo kosztować ponad 1,3 USD. Taka perspektywa powoduje, że zwyżka indeksów w USA w kolejnych tygodniach jest mało prawdopodobna. Pytanie, czy zaczną iść w dół. Nasdaq pokazuje, że jest to coraz bardziej realne.