Tak się zwykle składa, że prace nad budżetem zbiegają się ze świętami Bożego Narodzenia. I w okresie, gdy ludzie szukają mniej lub bardziej wartościowych prezentów dla bliskich, posłowie w Sejmie szukają... No właśnie. Części reprezentantów narodu udziela się ten świąteczny nastrój - i chcą dawać, dodawać i obdarowywać. Zwłaszcza "bliskich", czyli zajmują się organizowaniem środków na potrzeby regionu, z którego się wywodzą czy zostali wybrani, albo załatwiają pieniądze dla grup, których poparciem się cieszą. Od pewnego czasu było niejako regułą, że posłowie zapisywali, że jak budżet dostanie tyle i tyle, to część dołoży Agencji Rynku Rolnego, a część odda na podwyżki nauczycielom czy pielęgniarkom.
Inni posłowie nie dają tak łatwo uwieść się świątecznemu nastrojowi i tną. A to tną tym instytucjom, których nie lubią, a to tną tam, gdzie - ich zdaniem - poszło za dużo pieniędzy. A ostatnio tną generalnie. Czyli nie liczy się, gdzie, ważne, aby uciąć.
No i posłowie Platformy Obywatelskiej uznali, że mogą wyciąć nawet 2,2 mld zł. Z jednej strony - kwota niewyobrażalnie duża. Takich pieniędzy zwykły - a także i mniej zwykły - Kowalski nie jest w stanie sobie wyobrazić. Na dodatek jest to na tyle sporo, że obniżenie o tę kwotę deficytu budżetowego dałoby nieco oddechu finansom publicznym i oddaliłoby niebezpieczeństwo wzrostu długu publicznego powyżej 55% PKB w przyszłym roku.
Jednak tak naprawdę, te 2,2 mld zł to strasznie mała kwota. To ok. 5% przyszłorocznego deficytu budżetowego. To jeden przetarg obligacji skarbowych. Taką kwotę urzędnicy resortu finansów zdobywają na rynku jednego dnia i nikt tym się nie emocjonuje.
Owe 2,2 mld zł pokazuje, jak łatwo jest się zadłużać i jak trudno jest zaoszczędzić jakieś pieniądze w budżecie. Jest także dowodem na to, że z takim budżetem nie ma co liczyć na w miarę szybką redukcję deficytu. Mówiąc o budżecie, mam na myśli nie ten czy inny plan wydatków i dochodów, ale jego konstrukcję i - generalnie - całą filozofię państwa. Bo jest coś dziwnego, że przy problemach finansów i narastaniu długu państwo wydaje 1 mld zł na podwyżki dla urzędników. I to w dobie, gdy mniej lub bardziej prywatne firmy gotowe są płacić za to, żeby ich pracownicy złożyli wypowiedzenie.