Sesji wczoraj nie było - tak należy uznać, jeśli spojrzy się na wartość obrotów akcjami z WIG20. Przekornie można napisać, że ten marazm to efekt obowiązującego już opodatkowania giełdowych zysków. Od wczorajszych 80 mln niższej aktywności trzeba szukać dopiero na początku listopada, a przez ostatnie 8 miesięcy niższa wartość obrotów była tylko trzykrotnie. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniła zmienność indeksu, który bardzo rzadko oddalał się na więcej niż 2 punkty od poprzedniego zamknięcia. W takim otoczeniu nie powinny dziwić kilkuminutowe przerwy między transakcjami na kontraktach. Tak więc sesja zupełnie bez znaczenia i nic nie wskazuje na to, żeby wtorek miał przynieść jakieś zmiany.

Zmian nie ma też na rynkach amerykańskich, choć znowu przekornie można powiedzieć, że przynajmniej teraz wszyscy są świadomi, że wzrosty to efekt choroby wściekłych byków. Rozprzestrzenianie byczej zarazy jest tak szybkie, że najnowsze wskaźniki nastroju notują kolejne rekordy optymizmu. Wprawdzie skuteczność ankiety Investors Intelligence, odbieranej jako kontariański wskaźnik, była w ostatnich miesiącach wątpliwa, a inwestorzy szukali nowych ekstremalnych poziomów dla tego wskaźnika, to jednak odczyt przyjmuje znowu tak skrajne wartości, że warto zawiesić na nim oko. Liczba byków wynosi 58,3% i wyżej nie było od czerwca. Miesiąc temu była podobna wartość, ale liczba niedźwiedzi była zdecydowanie większa (22,3%). Teraz jedynie 19,4% ankietowanych prognozuje spadek. Różnica jest największa od czerwca. Optymista powie, że rynek i tak później rósł - pełna zgoda. Wyraźnie jednak nastąpiło wtedy zatrzymanie wzrostów i S&P500 wszedł w trzymiesięczną konsolidację. Nie widać więc możliwości dla kontynuacji amerykańskiej hossy w styczniu.