Sylwestrowa sesja chyba nikogo swoim przebiegiem nie zaskoczyła. Małej aktywności należało się spodziewać i taka też była. Kursy nie podlegały większym zmianom. Inwestorzy zadowolili się tym, co zostało ustalone w dniach poprzednich.
Po ostatniej sesji w 2003 roku można się zastanawiać, co nas spotka w najbliższych 12 miesiącach. Czy sprawdzą się czarne wizje spadku aktywności na rynku w związku z wprowadzeniem podatku od zysków kapitałowych? A jeśli nawet nie w dramatycznym stopniu, to czy zmienność ponownie w pierwszej połowie roku będzie tak niska, jak miało to miejsce przez ostatnie dwa lata? Obaw jest sporo, ale jest i nadzieja. Myślę, że to za jej sprawą aktywność na początku roku nie będzie jeszcze znacznie mniejsza od grudniowej, ale z czasem będzie jednak maleć. Kolejni gracze będą poszukiwać alternatywy. Rynek nie zgaśnie, ale już teraz można przypuszczać, że średnie obroty na sesji oraz liczba otwartych pozycji będą niższe. Nasz rynek stracił poważny atut, jakim był brak podatku. Tylko to skłaniało graczy do przymykania oka na kaprysy koniunktury oraz niską zmienność na warszawskim parkiecie. Sentyment to zdecydowanie za mało, by utrzymać w Warszawie aktywnych inwestorów. Ci może wrócą, gdy zmieni się postrzeganie rynku przez rządzących, a i to nie jest pewne. Kto zakosztuje dobrodziejstw różnorodności i braku uwiązania do jednego rynku, straci zainteresowanie polskimi "futami".
Pierwsze dni stycznia to dobry moment na noworoczne postanowienia. Proponuję, by od dziś sztywno trzymać się własnej strategii i starć się oprzeć pokusie łapania "okazji" na rynku. Tu pieniądze nie leżą na ulicy. Okazje zdarzają się rzadziej niż pułapki i per saldo nie ma sensu na nie czekać, bo pułapki doprowadzą nas do bankructwa.