Nigdy nie byłem entuzjastą liniowego podatku dochodowego dla osób fizycznych. Nie neguję, że w krótkim okresie (i pod warunkiem spełnienia wielu warunków dodatkowych) może on przynieść pozytywne następstwa dla wzrostu gospodarczego. W długim jednak okresie podmywa on etyczny fundament relacji między ludźmi ulokowanymi na różnych szczeblach społecznej drabiny. Tym samym czyni społeczne relacje bardziej konfliktowymi, co niesie negatywne konsekwencje dla rozwoju gospodarczego .

Teoretycznie można sobie oczywiście wyobrazić podatek "jednostawkowy" (a więc co najmniej liniowopodobny), który respektowałby zasadę, że zamożniejsi płacą relatywnie więcej - wystarczy ustalić minimalną (ale dość wysoką) kwotę dochodu zwolnionego z podatku. Wtedy jednak tylko bardzo wąska grupa najzamożniejszych na tym zyskuje. Tą drogą chciał kiedyś pójść L. Balcerowicz. Ówczesna SLD-owska opozycja weszła na drogę parlamentarnej obstrukcji (proszę przypomnieć sobie wyczyny niejakiego Manickiego), a w końcu projekt uwalił pan prezydent.

Minęły trzy lata i... SLD-owski rząd przedstawił i przeforsował projekt w istocie bardziej przychylny dla bardzo wąskiej grupy. Prezydent nie szemrał - raczej pochwalił. Głosi się oficjalnie, że chodzi o drobnych przedsiębiorców i ożywienie gospodarcze. Zawracanie głowy! Na opodatkowanie liniową stawką 19% opłaca się przejść tym samozatrudnionym, którym w praktyce grozi efektywne zapłacenie nie mniej niż 22-23% (zakładając utratę ulg i wspólnego rozliczenia z małżonkiem). Przytłaczająca większość drobnych przedsiębiorców płaci dużo mniej. Na tej operacji zyskają więc tylko najwięksi przedsiębiorcy i ci samozatrudnieni, którzy mają bardzo wysokie dochody, a działalność gospodarczą prowadzą raczej w formalnym sensie - adwokaci, niektórzy lekarze, pewnie agenci ubezpieczeniowi, "artyści" itp.

"Operacja 19%" jest przypuszczalnie warta 6-8 mld zł (czyli średnio po 40-80 tys. zł rocznej obniżki w podatku). Niezły prezent! Ten prezent - mocą decyzji rządu, parlamentu i prezydenta - sfinansują liczne biedulki i średniaki. Jest już teraz jasne, że gdy premier mówi o swojej partii "lewica", to po prostu żartuje, gdy to samo o SLD mówią różni prawicowcy, to zwyczajnie kłamią. Żaden rząd nie przeprowadził dotychczas zmiany tak jawnie obliczonej na dostarczenie korzyści bardzo wąskiej grupie najzamożniejszych obywateli. W tej sprawie (jak w sprawie umierania za Niceę) nie będzie łatwo J. Rokicie przelicytować L. Millera. Ale - oczywiście - PO ma już pewne plany. Proponuje ustalić CIT, PIT i VAT na jednym poziomie - 15%. Czy jednak wypada w tej sytuacji krzyczeć, że Lepper jest populistą?

Zmiany podatkowe w sumie sprzyjają powiększeniu nierówności. Popyt grup najzamożniejszych poważnie wzrośnie. Nie zyskają słabi i średni. To razem oznacza zmiany w strukturze popytu konsumpcyjnego, a ponieważ bogaci wydają relatywnie więcej na produkty z importu (nieraz są to produkty składane w Polsce) więc spowolni to wzrost popytu na produkty krajowe. Z kolei dla bezrobocia zmiany podatkowe o tyle będą nieskuteczne, że cena pracy nisko kwalifikowanej (w tej grupie jest najwięcej bezrobotnych) nie obniży się, trudno więc oczekiwać impulsu dla zatrudnienia tych ludzi. A inwestycje? Rzeczywiście, zmiany podatkowe mogą (ale nie muszą) sprzyjać ożywieniu inwestycji. To jest (jedyne!) korzystne następstwo. Ale trzeba pamiętać, że popyt inwestycyjny w ogromnym stopniu jest popytem na import. No i jest możliwe, że realizowane będą przede wszystkim inwestycje pracooszczędne, w długim okresie wypierające pracowników.