Współczesny świat potrzebuje nowych wyzwań, które zachęcą społeczeństwa do zaakceptowania trudów życia codziennego, wyborców do większego wysiłku, a politykom dadzą szansę na przetrwanie kolejnej kadencji czy chociażby najbliższego roku.

Tak się złożyło, że z początkiem nowego roku zarówno prezydent USA, George W. Bush, jak i premier Polski, Leszek Miller, postanowili wskrzesić ducha w swoich narodach i przedstawić im swoją wizję przyszłości, oczywiście świetlanej. W pierwszym przypadku, ma to być początek drogi Ameryki do gwiazd, czyli załogowa wyprawa na Marsa. W drugim - ma to być Polska w UE przy wzroście gospodarczym na poziomie co najmniej 5%. Cechą wspólną i gwarancją realizacji obu wizji jest wsparcie finansowe z budżetów, których deficyty przekroczyły już 5% PKB.

Bieżącą sytuację gospodarki USA oddaje coraz słabsza pozycja dolara wobec euro, która jest wyrazem nieufności rynków wobec rosnących bliźniaczych deficytów i zbyt gwałtownego wzrostu gospodarczego. Jednak na poziomie mikroekonomicznym w Ameryce w ostatnich dwóch latach zaczęła rosnąć wydajność i konkurencyjność, a przedsiębiorstwa albo znacząco poprawiają swoje wyniki, albo bankrutują. Amerykanie, jako naród praktyczny, dobrze wiedzą, że wzrost w całej gospodarce bierze się z konkurencyjności i ekspansji firm. Stąd też pakiety reform podatkowych Busha w ostatnich latach pozostawiające więcej zysków w rękach właścicieli firm i gospodarstw domowych. Problem w tym, że za cięciami podatkowymi nie idą w parze cięcia wydatków, a wręcz odwrotnie, te ostatnie rosną, między innymi z powodu wydatków militarnych na wojnę z terroryzmem. Może więc prezydentowi Bushowi wizje i realia (wzrost wydatków i obniżkę podatków) uda się pogodzić, ale ekonomistom i finansistom przychodzi to z coraz większym trudem.

Nieco gorzej przedstawia się świetlana wizja wzrostu gospodarczego w Polsce, gdzie firmy poprawiają swoje wyniki finansowe, redukując głównie koszty, a nie przez ekspansję sprzedaży. Do sukcesów przedsiębiorstw w Polsce szybko jednak "przyłączają" się urzędy skarbowe, realizujące plany "wzrostu ściągalności podatków". Wzrost wydajności pracy czujemy więc na razie na swoich plecach, ale nie w kieszeni, co jest powodem słabej wiary narodu w wizje premiera Millera. Sytuacja ta może natomiast cieszyć ekonomistów, którzy wiedzą, że od wzrostu efektywności pracy i kapitału zależy konkurencyjna pozycja gospodarki w świecie. Inaczej mówiąc, im więcej wytworzy się wartości dodanej w gospodarce przy tym samym zasobie środków produkcji, albo tyle samo wartości dodanej przy mniejszym zasobie środków, tym lepiej. Wydawać by się mogło, że politycy zaczęli coś z tego rozumieć, ale, niestety, znów nie do końca. Metodą na zmniejszenie bezrobocia po przystąpieniu Polski do UE ma być otwarcie unijnych rynków pracy na eksport polskiej siły roboczej. Temu samemu ma również służyć walka o ruch bezwizowy z USA. Rodzimi politycy są więc ostatnio za swobodnym przepływem (wypływem) polskich pracowników, czyli przekazywaniem za darmo aktywów krajowych w ręce obcego kapitału. Nie są już jednak skłonni uczynić tego z bankrutującymi państwowymi przedsiębiorstwami, czy też udzielić zgody OFE na powiększanie limitu aktywów inwestowanych za granicą. I gdzie tu jest logika?

Może więc część polityków sama poleciałaby na Marsa albo chociaż wyemigrowała za pracą do UE?