Tytułowego sformułowania można użyć po tym, gdy ceny kontraktów i akcji mocno spadły podczas środowych notowań. 16-dniowa konsolidacja (w załamanej formacji trójkąta symetrycznego), tuż pod poziomem linii trendu, łączącej wierzchołki świec z września i października ubiegłego roku, zakończyła się ostatecznie potężnym spadkiem.
Czwartkową sesję rozpoczęliśmy mocnym spadkiem wynikającym po części z zamykania długich pozycji, a po części z silnej zniżki dzień wcześniej w Nowym Jorku. Jednocześnie od rana na wykresie powstała pierwsza od połowy listopada luka bessy. Jednak została ona domknięta w czasie sesji, choć przyszło to z ogromnym trudem.
Przebieg wczorajszych notowań był aż nadto oczywisty. Najpierw bardzo słabe otwarcie i nadzieje otwierających długie pozycje na naturalne odreagowanie. Potem wymuszone odreagowanie i końcowa zniżka do poziomu zbliżonego do dziennego minimum, wywołana obawami o "pozostawanie" po długiej stronie rynku. Co ciekawe, czwartkowy spadek zatrzymał się niemal dokładnie na poziomie zwyżkującej średniej kroczącej z 45 sesji. Kierunek jej ruchu nakazywałby twierdzenie, że trend na rynku kontraktów jest nadal wzrostowy, ale...
Nawet gdybyśmy mieli powrócić do wzrostu, to jego potencjał jest nie większy niż 100 pkt. Wzmocniona została wymowa oporu w strefie 1700-1750 pkt. Pomijam już sam fakt, że większość oscylatorów (m.in. Price ROC i MACD) - jeszcze w trakcie konsolidacji - dała jednoznaczne sygnały sprzedaży, poprzedzone negatywnymi dywergencjami. Uważam, że mimo iż w krótkim terminie czekają nas dalsze spadki (1500 pkt jest niemal pewne), o tyle w średnim terminie zakładam wzrost (1860 pkt). Rynek nieraz obawiał się ryzyka makroekonomicznego i nieraz okazywało się, że strach ten był zanadto wyolbrzymiany.