Ubiegły rok przyniósł bardzo wyraźny wzrost cen akcji na rynkach wschodzących, zwłaszcza w takich krajach, jak Chiny, Tajlandia czy Turcja. Emerging Markets Index, sporządzany przez Morgan Stanley Capital International, zyskał w tym czasie 52%, podczas gdy analogiczny wskaźnik dla spółek z 23 państw rozwiniętych wzrósł o 31%. Dysproporcja ta sprawiła, że napływ kapitałów do funduszy inwestujących w tego rodzaju papiery osiągnął w 2003 r. rekordowy poziom 12,5 mld USD.

W tych warunkach działające w USA zamknięte fundusze inwestycyjne, wyspecjalizowane w akcjach emerging markets, odnotowały bardzo szybki wzrost notowań, który ostatnio zaniepokoił niektórych analityków. Eric Bjorgen z Leuthhold Weeden Capital Management sprzedał w grudniu walory tego rodzaju instytucji, m.in. China Fund i India Fund, uznając ich ceny za silnie zawyżone w stosunku do wartości powierzonych im aktywów. Jego zdaniem, dotychczasowa hossa na rynkach wschodzących może wkrótce zmienić się w nagły spadek notowań.

Zresztą nastroje w tej części rynku kapitałowego zaczęły się już pogarszać np. w związku z rozszerzającą się w Azji ptasią grypą. Podobny efekt przyniosła w ubiegłym roku epidemia SARS.

Cytowany przez agencję Bloomberga Eric Bjorgen wskazuje na silne wahania cen akcji, typowe dla emerging markets. Podczas trendu zwyżkowego kursy rosną bardzo szybko, a gdy dojdzie do korekty, spadek jest równie gwałtowny.