Gdybyśmy z wykresu cen kontraktów usunęli sesję ze środy, to mielibyśmy cały czas konsolidację trwającą już od czterech tygodni. Ta jedna sesja sprawiła, że pojawiły się nadzieje na poważniejszy ruch. Te nadzieje okazały się jednak płonne.

Spadek nie był kontynuowany, a obrona wsparcia w środę rano potwierdziła, że rynek nadal jest pod sporym wpływem popytu. Spójrzmy na wykres zapominając o środowych "wąsach". Widać, że ceny powoli się wznoszą, a każdy dołek jest usytuowany wyżej od poprzedniego. To sugerowałoby, że popyt stara się uzyskać przewagę. Problem w tym, że w najbardziej dogodnym momencie, nie udało się kupującym wybić ponad poziom oporu. Oporem tym jest szczyt sesji z poniedziałku. Wspomniany dogodny moment był wczoraj, gdy zwyżka cen zbliżyła wykres do poziomu 1663 pkt. Opór został naruszony, lecz nie udało się bykom utrzymać cen tak wysoko przez resztę sesji. Pewien w tym udział miały słabsze od oczekiwanych dane makro w USA. Ponownie wzrost liczby miejsc pracy nie był tak wysoki, jak wcześniej oczekiwano. To był jednak tylko pretekst. Nawet w USA się tym tak bardzo nie przejmowano. W końcu dane nie były tragiczne, a nie były też i tak dobre, by poważniej bać się podwyżki stóp.

Słabsza końcówka sesji to już tylko nasz problem i nie świadczy to dobrze o potencjale popytu. Fakt nieudanego ataku na opór może się zemścić na bykach. Teraz bowiem mniej osób zdecyduje się kupić kontrakty. Z tego powodu początek nowego tygodnia rysuje się raczej mało optymistycznie i należy raczej spodziewać się kolejnego testu wsparcia. Jeśli i tym razem dołek będzie wyżej od poprzedniego, to kolejny atak na opór może być już skuteczny. W tej chwili nie pozostaje nic innego, jak czekać na moment wybicia. Może tym razem będzie skuteczniejsze.