Niewiele wczoraj brakowało, by kontrakty przetestowały obniżone ostatnio widełki (5%). Zachowanie rynku od pierwszych minut do samego końca sesji zachęcało do kupna i im bliżej było zamknięcia, tym częściej jedyne pytanie jakie padało, to czy wzrost zakończy się dzisiaj euforią.
Skąd ten optymizm? Tak naprawdę już samo otwarcie przesądziło o losach sesji. Kontrakty w pierwszej godzinie pokonały szczyt z przełomu stycznia/lutego, a indeks otworzył notowania luką hossy. Sygnał ten był wyjątkowo wiarygodny, gdyż luka indeksu jednocześnie zakryła bardzo silną lukę bessy z 28 stycznia, tworząc na wykresie WIG20 byczą formację wyspy. Taki układ bardzo rzadko okazuje się pułapką, a wykreślona luka hossy długo pozostaje silnym wsparciem.
Trudno więc nie patrzeć teraz w kierunku wrześniowych szczytów. Tym bardziej że wzrost był na wyraźnie większym obrocie, generowanym głównie w czasie zdynamizowania ruchu (czyli nie koszyki, nie sztuczne wyciąganie rynku małymi transakcjami). Wzrost na kontraktach potwierdziła także rosnąca liczba otwartych pozycji (czyli nie było ucieczki niedźwiedzi). Do tego na wszystkich dużych spółkach oglądaliśmy bardzo stabilny i duży popyt, a cały wzrost charakteryzowała niespotykana ostatnio systematyka wzrostu z coraz wyższymi dołkami i szczytami. Wszystko bez korekty większej niż 10 pkt i oczywiście z zamknięciem na maksymalnych poziomach sesji. Choć więcej w tych wzrostach nadmiaru gotówki i beztroski funduszy, to po tak silnej sesji alternatywy dla długich pozycji na razie po prostu nie ma. Dalszy wzrost powinien ułatwić medialny zachwyt nad wczorajszą sesją i historycznym rekordem WIG, który sygnałem kupna dla inwestorów może i nie będzie, ale zwiastuje kolejny napływ nowych środków do TFI.