Na filmie "Ostatni samuraj" (???) oglądamy autentyczną scenerię historyczną: Japonią rządzi cesarz (Tenno) - ale tak naprawdę rządzą nią "premierzy", czyli szogunowie. I oto cesarz, wykorzystując błędy popełnione przez zbyt zadufanych w sobie szogunów, odwojowuje władzę.
Co prawda, wraca do metod feudalnych, które nijak nie przystawały do nowych czasów. Po kilku latach dokonuje więc tzw. Rewolucji Meiji, która w ciągu kilkunastu lat (!) postawiła Japonię w rzędzie mocarstw tego świata. Ale to już inna historia...
Piszę to po to, by wyjaśnić, że czym innym jest "własność" - a czym innym to, co dziś nazywa się "własnością". Otóż "własność" - to ius utendi et abutendi - "prawo użycia i nad'użycia". Jeśli swoją fabrykę mogę jutro - bo taki mam kaprys - rozebrać na kawałki, maszyny sprzedać, a z cegieł postawić gustowny pałacyk dla mojej, wychodzącej właśnie za mąż, córki - to jestem właścicielem. Jeśli zrobić tego nie mogę - to nie jestem.
Proszę bardzo starannie odróżnić dwie rzeczy: umowy cywilne i stan prawny. Jeśli właściciel z dnia na dzień rozbierze swoja fabrykę, to będzie musiał zapewne płacić odszkodowania pracownikom, kontrahentom itp., itd. Tym niemniej rozebrać ją może. Jeśli natomiast przed jej rozbiórką musi mieć zgodę z jakiegoś urzędu pracy (że z pracownikami wszystko załatwione), zgodę innych Ważnych Urzędów w innych Ważnych Sprawach - to nie jest on "właścicielem" tylko użytkownikiem, któremu Lewiathan powierzył pewne funkcje wykonawcze, płacąc mu za to udziałem w zyskach.
Tak! Państwu się wydaje, że państwo pobiera od nas podatki od zysku, np. CIT 19%. Proszę spojrzeć na to z innego punktu widzenia: 100% zysku należy do państwa, a państwo płaci człowiekowi, który przed światem godzi się odegrać rolę "właściciela" 81% udziału w zyskach.