Reklama

Czeski film

Nadal nie ma jasnego stanowiska w sprawie wprowadzenia euro w nowych krajach członkowskich

Publikacja: 10.02.2004 08:52

W ubiegłym tygodniu odbyła się w Pradze konferencja poświęcona strategiom wchodzenia do strefy euro. Oczywiście, dla przedstawicieli międzynarodowych instytucji była to okazja do wyrażenia opinii, przede wszystkim o polityce kursu walutowego. Jednak zamiast wyjaśnić liczne wątpliwości w tym zakresie, większość wypowiedzi wprowadziła dodatkowe zamieszanie.

Jeden pomysł wydał się szczególnie dziwny. Mianowicie, przedstawiciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego (dyrektor departamentu europejskiego) powiedział, że kraje kandydujące do strefy euro powinny spełnić wszystkie kryteria z Maastricht, zanim zostaną włączone do systemu kursowego ERM-2. Problem jednak w tym, że o ile można powiedzieć, że nie we wszystkich szczegółach kryteria z Maastricht są idealnie przejrzyste, to jedna rzecz wydaje się pewna - jest ich pięć, a nie cztery, a jednym z nich jest kryterium stabilności kursu walutowego! Jak więc wypełnić (właściwie zacząć wypełniać) jedno z pięciu kryteriów po wypełnieniu wszystkich, skoro jest ono jednym z tych wszystkich właśnie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

Być może, zdaniem autora kontrowersyjnej wypowiedzi, dwuletnia obecność w "poczekalni" (systemie ERM2) niekoniecznie musi być interpretowana jako stabilność kursowa (szczególnie przez stronę unijną, choć nie wiadomo do końca, z jakiego powodu).

Ciekawe jest jednak to, że szef MFW (czyli przełożony dyrektora departamentu europejskiego w MFW) ostrzegał na tej samej konferencji przed niejasnym interpretowaniem kryteriów konwergencji.

Cóż, wniosek z praskiej konferencji wydaje się zgodny z przewidywaniami. Na podstawie wypowiedzi przedstawicieli strony unijnej można stwierdzić, że nadal nie ma jasnego stanowiska w sprawie wprowadzenia euro w nowych krajach członkowskich. Oczywiście, w Polsce potrzebne są reformy fiskalne i w kształcie wymuszonym bądź zaplanowanym wkrótce nastąpią. Nie wiem tylko, czy wielokrotne powtarzanie, aby nowo wstępujące do UE kraje koncentrowały się na reformach fiskalnych jest konieczne. Patrząc na politykę fiskalną prowadzoną np. w Niemczech lub we Francji, nie powinien to być chyba koronny argument. A finanse publiczne musimy zreformować tak czy inaczej, niezależnie od chęci wejścia do strefy euro.

Reklama
Reklama

Jednak nawet po konferencji mieliśmy kontynuację "ciekawych" wypowiedzi. W środę ujrzeliśmy cytat członka zarządu Europejskiego Banku Centralnego, Gertrudy Tumpel-Gugerell, mówiącej o przewartościowaniu złotego, korony i forinta. I nieistotne było, że za chwilę wystosowane zostało odpowiednie dementi, w rodzaju "jej słowa były źle zinterpretowane", skoro trzy waluty regionu już zdążyły się osłabić. Pani Tumpel-Gugerell dodała, że waluty regionu "nie będą mogły być przywiązane do euro dopóki nie zostanie osiągnięty poziom kursu walutowego, który gwarantowałby konkurencyjność". Zapewne miała na myśli konkurencyjność cenową. Fakt jest jednak taki, że w ostatnich kwartałach to polski eksport ciągnie polską gospodarkę, m.in. właśnie ze względu na znaczny spadek wartości złotego do euro. Jeśli konkurencyjność cenowa polskich towarów miała być jeszcze większa, to jeszcze mniejsza byłaby konkurencyjność towarów (i usług) europejskich. Narty w Tyrolu nie byłyby już tak atrakcyjne cenowo. Warto będzie przypomnieć o tym przedstawicielom instytucji unijnych w momencie negocjacji parytetu złotego wobec euro za parę lat.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama