W ubiegłym tygodniu odbyła się w Pradze konferencja poświęcona strategiom wchodzenia do strefy euro. Oczywiście, dla przedstawicieli międzynarodowych instytucji była to okazja do wyrażenia opinii, przede wszystkim o polityce kursu walutowego. Jednak zamiast wyjaśnić liczne wątpliwości w tym zakresie, większość wypowiedzi wprowadziła dodatkowe zamieszanie.
Jeden pomysł wydał się szczególnie dziwny. Mianowicie, przedstawiciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego (dyrektor departamentu europejskiego) powiedział, że kraje kandydujące do strefy euro powinny spełnić wszystkie kryteria z Maastricht, zanim zostaną włączone do systemu kursowego ERM-2. Problem jednak w tym, że o ile można powiedzieć, że nie we wszystkich szczegółach kryteria z Maastricht są idealnie przejrzyste, to jedna rzecz wydaje się pewna - jest ich pięć, a nie cztery, a jednym z nich jest kryterium stabilności kursu walutowego! Jak więc wypełnić (właściwie zacząć wypełniać) jedno z pięciu kryteriów po wypełnieniu wszystkich, skoro jest ono jednym z tych wszystkich właśnie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.
Być może, zdaniem autora kontrowersyjnej wypowiedzi, dwuletnia obecność w "poczekalni" (systemie ERM2) niekoniecznie musi być interpretowana jako stabilność kursowa (szczególnie przez stronę unijną, choć nie wiadomo do końca, z jakiego powodu).
Ciekawe jest jednak to, że szef MFW (czyli przełożony dyrektora departamentu europejskiego w MFW) ostrzegał na tej samej konferencji przed niejasnym interpretowaniem kryteriów konwergencji.
Cóż, wniosek z praskiej konferencji wydaje się zgodny z przewidywaniami. Na podstawie wypowiedzi przedstawicieli strony unijnej można stwierdzić, że nadal nie ma jasnego stanowiska w sprawie wprowadzenia euro w nowych krajach członkowskich. Oczywiście, w Polsce potrzebne są reformy fiskalne i w kształcie wymuszonym bądź zaplanowanym wkrótce nastąpią. Nie wiem tylko, czy wielokrotne powtarzanie, aby nowo wstępujące do UE kraje koncentrowały się na reformach fiskalnych jest konieczne. Patrząc na politykę fiskalną prowadzoną np. w Niemczech lub we Francji, nie powinien to być chyba koronny argument. A finanse publiczne musimy zreformować tak czy inaczej, niezależnie od chęci wejścia do strefy euro.