Przebieg piątkowej sesji nie będzie mile wspominany przez posiadaczy długich pozycji. Rozbudzone nadzieje, które są brutalnie rozwiewane przez rzeczywistość, zwykle przygnębiają. Tak właśnie było wczoraj.

Sesja zaczęła się byczo. Już w czasie pierwszej godziny notowań cena kontraktów oddaliła się od czwartkowego zamknięcia. Wzrost był dynamiczny i dzięki temu dość łatwo udało się kupującym wyjść nad poziom szczytu z września ubiegłego roku. Tym razem nie o marne kilka punktów. Osiągnięcie poziomu 1789 pkt pozwalało na stwierdzenie, że opór został nie tylko naruszony, ale i pokonany. Szczęście byków nie trwało jednak zbyt długo. Gdy ruszyły notowania na rynku kasowym wszystko zdawało się potwierdzać optymizm graczy na kontraktach. Jednak już po kilku minutach rynek zaczął być zasypywany zleceniami sprzedaży. Początkowo popyt sobie z tym radził, ale kursy przestały już rosnąć. Dynamicznie rósł jedynie obrót. Po chwili stawało się jasne, że podaż wykorzystała dobre nastroje do wyrzucenia papierów. Kupujący przestali walczyć - kursy zaczęły spadać.

Spadek cen trwał niemal przez całą sesję. Kolejne próby odbicia nie przynosiły efektu. Notowania zakończone zostały 7 pkt nad minimum sesji i aż 49 pkt pod maksimum. To mówi chyba wszystko. Patrząc jednak z perspektywy całego tygodnia, nie należy jeszcze załamywać rąk. Wczorajszy spadek nie był wielką tragedią. To, że nie udało się obronić nowych szczytów, może martwić, ale nie przekreśla jeszcze możliwości kolejnej próby wzrostu. Przyznam, że właśnie na taką próbę liczę w przyszłym tygodniu. Nie będzie to pewnie już w poniedziałek, bo rynek musi teraz ochłonąć i okrzepnąć, ale myślę, że na drugą połowę tygodnia można liczyć. Dopiero wynik tego drugiego ataku powie nam, czy rynek jest jeszcze w stanie powalczyć o wyższe poziomy.