Wtorkowe zachowanie indeksu WIG20 potwierdziło ogromne obawy inwestorów o to, czy trend wzrostowy będzie nadal (po przełamaniu poziomu 1742 pkt) kontynuowany. Trudno się dziwić, skoro w krótkim terminie zwyżka wynosi już 10%, a od listopada indeks przyrósł o prawie 25%.
Teoretycznie mamy za sobą udane i raczej potwierdzone wybicie z rozległej formacji flagi (dla niektórych spadkowy kanał trendowy), lecz z drugiej strony indeks ma ogromne kłopoty z jednoznacznym pokonaniem wierzchołka z 2 września ub.r. Co gorsza, poniedziałkowej zwyżce towarzyszył niski, jak na ostatnie sesje, obrót. Nie wiem, czy w tej sytuacji nie powtórzy się to, co zdarzyło się pod koniec stycznia. Po okresie krótkiej konsolidacji (przy mniejszym obrocie) mogłoby nastąpić chwilowe zniecierpliwienie posiadaczy akcji, połączone z płytką, ale dynamiczną, korektą. Oczywiście, brak jest na to dowodów, ale odnoszę wrażenie, że poszczególne walory są skutecznie zbierane z rynku, a duzi inwestorzy momentami zdają się mówić "w to mi graj", gdy tylko cena którejś firmy z WIG20 spada o kilka procent.
Jednak zakupy dużych inwestorów to jedno, a analiza techniczna to drugie. Patrząc na wykresy oscylatorów trudno się dziwić, że w krótkim terminie indeks nie bardzo chce dalej rosnąć. Co więcej, nawet niewielkie (mało przekonujące) pokonanie oporów nie zmieni wyglądu wskaźników - tym samym wzrost nie będzie potwierdzony. A gdyby do tego dołączyć niższe niż ostatnio obroty, to otrzymamy... pułapkę hossy.
W średnim terminie pozostaję optymistą, oczekując wzrostu wartości indeksu do co najmniej 1880 pkt. Piszę "co najmniej", bo gdyby faktycznie oczekiwać wzrostu odpowiadającego szerokości formacji flagi, to skala zwyżki indeksu byłaby znacząco większa. Przy pomiarze zasięgu zwyżki zgodnie z zasadą ruchu mierzonego indeks powinien osiągnąć wartości z początku 2000 r. O ile ten drugi wariant jest bardzo odległy, o tyle wzrost do 1900 pkt jest w perspektywie kilkunastu tygodni jak najbardziej realny.