Po tym, jak 3 miesiące temu Amerykanie informowali o najszybszym od 20 lat kwartalnym tempie wzrostu gospodarczego w III kw. 2003 r., tym razem Japończycy mogli pochwalić się najsilniejszym od 10 lat skokiem PKB w IV kw. ub.r. W kontekście tego globalnego ożywienia nasze pozytywne dane o przyspieszeniu dynamiki produkcji przemysłowej nie mogą nadmiernie zaskakiwać (dla optymistów oczekujących ożywienia inwestycji rozczarowaniem mogły być co najwyżej dane o silnym spadku dynamiki produkcji budowlano-montażowej). Reakcja naszego rynku akcji na dane o produkcji była wyjątkowo słaba.
Fakt, że WIG20 znalazł się po wczorajszej sesji ponownie na poziomie osiągniętym po raz pierwszy już prawie pół roku temu, potwierdza założenie, że rynek - a przynajmniej ceny akcji największych spółek - już latem zeszłego roku zdyskontowały nadejście ożywienia gospodarczego. Styczniowe wybicie się kursów akcji małych spółek (zwykle silnie cyklicznych przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych) powyżej maksimów z drugiego półrocza ub.r. rozbudziło nadzieje na podobne zachowanie blue chipów. Zarówno MIDWIG, jak i WIRR zwyżkowały w tym roku o rozmiary sierpniowo-grudniowych konsolidacji i ewentualne podążenie WIG20 tymi śladami oznaczałoby wzrost tego indeksu o ponad 20%, do poziomu powyżej 2000 pkt.
Osobiście jestem sceptykiem. Zarówno wysokie zaangażowanie w akcje OFE, jak i wyhamowanie w tym roku hossy na emerging markets powodują, że trudno obecnie liczyć na te dwa główne źródła popytu na akcje spółek wchodzące w skład WIG20.
Najwyższe od kilkunastu lat ceny surowców świadczą dobitnie o tym, że znajdujemy się w inflacyjnej fazie ożywienia, w której zyski dużej części przedsiębiorstw przestają rosnąć "podcinane od dołu" przez rosnące koszty surowców (wyjątkami są oczywiście producenci tychże, patrz dobra ostatnio passa KGHM). Obserwowana do września 2003 r. stagnacja WIG20 jest - obok oczywiście problemu wysokiej wyceny tych akcji - zapewne konsekwencją tego zjawiska.