Wydawało się, że przebicie szczytów przez indeksy jest tylko formalnością, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Tylko czy faktycznie to był niespodziewany spadek? Przecież z reguły większość nie ma racji, a ona właśnie była pewna zwyżek.

Tłusty czwartek okazał się tłusty, ale nie dla byków, tylko niedźwiedzi. Wielki strach zapanował w obozie byków, a szybkość, z jaką zamykali długie pozycje na futures (LOP zmniejszył się o ponad 1000 pozycji) była imponująca. Nagle na rynku zabrakło optymistów, nikt nie mówił o dalszych zwyżkach, tylko każdy ratował swoją gotówkę. Szybko sobie przypomniano, że to ostatnia piąta fala wzrostu, a potem będzie spadać, więc po co ryzykować. Kompletna bzdura i mam nadzieję, że tych fal będzie jeszcze o kilka więcej, co nie zmienia tego, że po fakcie i tak Elliott będzie górą, bo fale zawsze można dopasować, tak by się zgadzały.

Kozłem ofiarnym stał się Pekao, który podał słabsze wyniki niż oczekiwał rynek. To z kolei przełożyło się na przecenę całego sektora bankowego, a w konsekwencji na blisko 2-proc. spadek WIG20. W końcu każdy pretekst jest dobry, by zrobić "strząśnięcie" przed decydującym wybiciem. Mimo wszystko dalsze zwyżki są bardziej prawdopodobne niż kontynuowanie spadków.

Jeżeli rynek miałby iść w dół, to powinno to nastąpić już dużo wcześniej. Przecież był on i jest ciągle bombardowany złymi informacjami, zaczynając od wprowadzenia podatku giełdowego, a kończąc na planie Hausnera. Jak ja to mówię "to co cię nie zabije to ci pomoże". Skoro teraz kłopoty z naprawą finansów państwowych nie przeszkadzają giełdzie, to co będzie jak się uda je przeprowadzić? Poza tym akcje są w mocnych rękach, OFE się ich nie pozbywają, zagranica musi najpierw kupić, by móc sprzedawać, więc komu na rękę jest teraz spadek! Rynek jest kontrolowany przez dużych graczy i tylko oni uznają kiedy nastąpi decydujący atak i jak wysoko zajdziemy.